20.09.2011
15.09.2011
Le Labo, Poivre 23
Po doświadczeniach z pieprznym wariatem zwanym Piper Nigrum lekko się pieprznościami zniechęciłam. Toteż do Poivre podchodziłam jak pies do jeża, z ostrożną ciekawością ale raczej bez optymizmu. I dobrze właściwie, bo spotkała mnie całkiem przyjemna niespodzianka a Poivre przywrócił mi wiarę w to, że pieprzny zapach może być fajny.
Oczekiwałam otępiającej , piekącej chmury pieprzu, dławiącej w gardle, drapiącej w nos, wyciskającej łzy a dostałam przecudnej urody pieprzny obłok na gładkiej, kremowej bazie , podbitej chłodem czegoś lekko miętowego. Zapach ten nie trwa , on się unosi orzeźwia i pobudza, mam wrażenie że stoję na wietrze , a natężenie zapachu zależne jest od siły wiatru i jego kierunku, raz wieje chłodem , raz ciepłym pieprzem. W tle ale wcale nie z tyłu trzyma się kadzidło i zakurzona paczula, są chwilę kiedy mam wrażenie że pieprz chowa się gdzieś a przynajmniej daje się poddusić kadzidłu i Poivre przestaje być pieprzny w sposób oczywisty, ale jest wiatr przecież i nie trwa to cały czas.
A skoro już jestem przy czasie.... wraz z jego upływem ilość pieprzu w pieprzu maleje i to znacznie, wówczas objawiają się piękne nuty drewna, niby gładkie i suche, ale wyczuwam jednocześnie odrobinę aromatycznej żywicy, której nie zauważyłam w nutach i przekonana byłam, że to jeno wymysł mojej wyobraźni.
Wraz z drewnem przychodzi odrobina, dosłownie kropelka ciepłej, waniliowej słodyczy. Na tym etapie Poivre jest już łagodny jak mały pierzasty Cumulus.
Bardzo udany zapach , pełen kontrastów mimo wcale nie obfitego acz zacnego ingredientu. Wyciągnęłam sobie wniosek... że czasem, a nawet bardzo często- mniej znaczy lepiej. Takoż i tutaj.
Nuty: pieprz, kadzidło, paczula, labdanum, sandałowiec, gwajak , styraks, wanilia
Oczekiwałam otępiającej , piekącej chmury pieprzu, dławiącej w gardle, drapiącej w nos, wyciskającej łzy a dostałam przecudnej urody pieprzny obłok na gładkiej, kremowej bazie , podbitej chłodem czegoś lekko miętowego. Zapach ten nie trwa , on się unosi orzeźwia i pobudza, mam wrażenie że stoję na wietrze , a natężenie zapachu zależne jest od siły wiatru i jego kierunku, raz wieje chłodem , raz ciepłym pieprzem. W tle ale wcale nie z tyłu trzyma się kadzidło i zakurzona paczula, są chwilę kiedy mam wrażenie że pieprz chowa się gdzieś a przynajmniej daje się poddusić kadzidłu i Poivre przestaje być pieprzny w sposób oczywisty, ale jest wiatr przecież i nie trwa to cały czas.
A skoro już jestem przy czasie.... wraz z jego upływem ilość pieprzu w pieprzu maleje i to znacznie, wówczas objawiają się piękne nuty drewna, niby gładkie i suche, ale wyczuwam jednocześnie odrobinę aromatycznej żywicy, której nie zauważyłam w nutach i przekonana byłam, że to jeno wymysł mojej wyobraźni.
Wraz z drewnem przychodzi odrobina, dosłownie kropelka ciepłej, waniliowej słodyczy. Na tym etapie Poivre jest już łagodny jak mały pierzasty Cumulus.
Bardzo udany zapach , pełen kontrastów mimo wcale nie obfitego acz zacnego ingredientu. Wyciągnęłam sobie wniosek... że czasem, a nawet bardzo często- mniej znaczy lepiej. Takoż i tutaj.
Nuty: pieprz, kadzidło, paczula, labdanum, sandałowiec, gwajak , styraks, wanilia
8.09.2011
Olivier Durbano, Pink Quartz
Przedostatnie z siedmiu "kamiennych dzieci" Oliviera Durbano w pierwszych chwilach pachnie mi różą spod płota , taką pełną lekko wywiniętych płatków i drobniutkich igiełek gęsto usianych na giętkich delikatnych łodyżkach i wydaje się, że nic więcej nie czuć. Długą chwilę potem zapach się wyostrza i mimo swej delikatności właściwie poraża świdrującym zapchem imbiru i goryczką różowego grejpfruta. I już na tym etapie moja euforia maleje, ponieważ zapach staje się metaliczny i chłodny, pozostając jednocześnie słodkim wiechciem różaności wszelakich. Ze względu na zimno jakie bije od tego zapachu i chyba.. .połączeniem róż z olibanum wyobrażać sobie można, że róża w Pink Quartz jest sztywna, twarda i ciemna, tymczasem pachnie właśnie tak jak różowy półdziki krzew różany, doprawiony nieco, aby podkręcić trochę zapach i dodać mu drapieżności, sprawić aby pink nie kojarzyło się ze słodką wyrośniętą lalcią w pluszowej różowej oczywiście kurteczce, różowych spodniach i z lizakiem w dłoni.No dobra, może nieco przesadziłam... ale to dlatego że zła jestem na Pink Quartz, że róża znowu się biesi i że znów mam odczucie takie samo jak przy dotykaniu zębami metalu ( znacie to uczucie? )
Jasne, że nie dla lalci Pink Quartz, jasne że Quartz... ale mimo przyjaznej optymistycznej barwy jakiś on mało przyjemny i taki... no niemiłosny zupełnie.
Ani on nie jest uwodzicielski , ani seksowny... nie czuję ni grama kadzidła, odrobina mirry i benzoes, troszkę ambry na otarcie łez, a poza tym-róża , róża to za mało jak dla mnie, albo wręcz przeciwnie. W moim odczuciu więcej miłości jest w pachnącym groszku niźli w całej plantacji róż różnej narodowości, z beką absolutu różanego na dokładkę.
Nie uważam natomiast, że nie jest zapachem ładnym- bo jest, ale nie dla mnie niestety.
To taki pachnący uszlachetniacz ludzkiej duszy ( z wyłączeniem mojej ;] ) i wierzę w jego urodę na kimś innym- to na mnie róża się tak paskudzi, bez względu na towarzystwo, tak myślę, no bo jeśli nie to Durbano zawsze kochał ... platonicznie ;)
A może tak właśnie ma być...
Nuty:
głowy: bergamotka, różowy grapefruit, somalijskie kadzidło (olibanum), szafran, imbir
serca: palma róża, róża damasceńska, indyjskie drzewo różane
bazy: absolut z róży indyjskiej, szara ambra, paczuli, mirra, benzoes, białe piżmo
2.09.2011
Penhaligon's, Artemisia
Artemisia jest jednym z tych zapachów które kwalifikuję sobie do typowo kobiecych i pobudzających zmysły, próżno szukać w nim czegokolwiek ponad to czym pachnie i gdyby nie fakt, że różni się od innych kobiecych oblegających drogeriane półki trudno byłoby również powiedzieć o Artemisii że jest zapachem niszowym.
A jednak jest oryginalna, i mimo powtarzalności kombinacji nut jakie zawiera, wyróżnia się znacznie i nie wionie banałem.
Nazwałabym Artemisie zapachem buduarowym, pachnie bowiem jak kobieta ukąpana ekskluzywnym mydłem , w lnianej krochmalonej, schnącej na powietrzu pościeli. Na dębowej toaletce owej kobiety pyszni się wielki bieluteńki puszek , utytłany co nieco pudrem Yardley a obok stoi wielki wiecheć bogatego w kwiecie jaśminu, zapachy przenikają się, bukiet jaśminu znika a na jego miejscu staje niepozorny bukiecik fiołków, albo nie-stoją obydwa, albo nie- cały pokój zastawiony jest wazonami. W pięciu jest jaśmin, w kolejnych pięciu fiołki a w trzech ostatnich-konwalie.Nie ma już miejsca, zostało tylko 10x10 cm wolnej powierzchni na komodzie i tam stoi filiżanka herbaty, oczywiście jaśminowej;)
Obfitości jaśminu w Artemisii nie należy się jednak bać, nie ma ona mocy duszenia na poziomie Aliena T. Muglera, da się wyżyć i nawet przyjemne jest to życie w towarzystwie Artemisii, jest bowiem ta obfitość znacznie przygaszona sporą ilością pudru a dodatek zieleni dodaje mu lekkości.
Zapach nie siedzi na ciele a unosi się gdzieś dookoła , tworząc transparentny woal , stateczny i spokojny, bez porywów , bez zwrotów akcji, bez niespodzianek. Taki słodki puchaty "piżmak". Ciało ubrane w Artemisię sprawia wrażenie wyjątkowo gorącego, albo.... jest autentycznie gorące...
To raczej zapach klasyczny, odważę się nawet stwierdzić że odrobinę niewspółczesny, ale prawdę powiedziawszy to mi się nawet w nim podoba ;)
Nuty:
głowy: nektarynka, zielone listowie
serca: zielone jabłko, konwalia,herbata jaśminowa, fiołki
bazy: mech dębowy, drzewo sandałowe, piżmo, ambra, wanilia
A jednak jest oryginalna, i mimo powtarzalności kombinacji nut jakie zawiera, wyróżnia się znacznie i nie wionie banałem.
Nazwałabym Artemisie zapachem buduarowym, pachnie bowiem jak kobieta ukąpana ekskluzywnym mydłem , w lnianej krochmalonej, schnącej na powietrzu pościeli. Na dębowej toaletce owej kobiety pyszni się wielki bieluteńki puszek , utytłany co nieco pudrem Yardley a obok stoi wielki wiecheć bogatego w kwiecie jaśminu, zapachy przenikają się, bukiet jaśminu znika a na jego miejscu staje niepozorny bukiecik fiołków, albo nie-stoją obydwa, albo nie- cały pokój zastawiony jest wazonami. W pięciu jest jaśmin, w kolejnych pięciu fiołki a w trzech ostatnich-konwalie.Nie ma już miejsca, zostało tylko 10x10 cm wolnej powierzchni na komodzie i tam stoi filiżanka herbaty, oczywiście jaśminowej;)
Obfitości jaśminu w Artemisii nie należy się jednak bać, nie ma ona mocy duszenia na poziomie Aliena T. Muglera, da się wyżyć i nawet przyjemne jest to życie w towarzystwie Artemisii, jest bowiem ta obfitość znacznie przygaszona sporą ilością pudru a dodatek zieleni dodaje mu lekkości.
Zapach nie siedzi na ciele a unosi się gdzieś dookoła , tworząc transparentny woal , stateczny i spokojny, bez porywów , bez zwrotów akcji, bez niespodzianek. Taki słodki puchaty "piżmak". Ciało ubrane w Artemisię sprawia wrażenie wyjątkowo gorącego, albo.... jest autentycznie gorące...
To raczej zapach klasyczny, odważę się nawet stwierdzić że odrobinę niewspółczesny, ale prawdę powiedziawszy to mi się nawet w nim podoba ;)
Nuty:
głowy: nektarynka, zielone listowie
serca: zielone jabłko, konwalia,herbata jaśminowa, fiołki
bazy: mech dębowy, drzewo sandałowe, piżmo, ambra, wanilia
Subskrybuj:
Posty (Atom)




