Zupełnie mi nie znana dotąd hiszpańska, biżuteryjna marka Tous, wydała na świat czas temu jakiś - kilkoro pachnących dzieci. I ja dziś słow kilka rzeknę o jednym z nich.
Touch. Ma nawiązywać do kolekcji biżuterii Duna, i rzeczywiście nawiązuje. Jeśli zapachowi Touch uda się zdobyć serca polskich kobiet to nie przez fakt że flakon pięknie zagra w komplecie z obłym pierścionkiem przypominającym korek flakonu lecz dlatego, że jest to zapach który powinien się spodobać tłumom kobiet poszukujących czegoś słodkiego,owocowego i kwiatkowego, wyrazistego acz nie bardzo nachalnego. Żeby otoczenie czuło, a nie uznało nosicielki za wyfiokowaną , męczącą pudernicę ani też za undergroundowego dziwaka. Touch siedzi po środku-czyli się nadaje.
Touch jest bezpiecznie słodki, ciepły i aromatyczny przez cały czas swojego trwania na mojej skórze, a przyznać trzeba że czas ten jest wyjątkowo długi , jeden psik i trwa do nieskończoności (czytaj: mycia) .
Nie dzielę go na nutki, akordy, oktawy ,metrumy czy inne takie. Jestem w stanie podzielić go na dwie porcje zapachu : bukiet białych , puchato-waniliowych kwiatów i miseczkę dżemu owocowego, który najchętniej pacnęłabym na świeżutką bułę ( z masłem ;P ). To co czuję silniej zależy od pory dnia . Rankiem -dżem , po śniadanku- kwietny ogród.
Dziś właśnie zainspirowana pewnym artykułem w jednym z poczytnych miesięczników dla Pań ( i bynajmniej i o dziwo nie chodzi o Cosmopolitan) zastanowiłam się na chwilę nad zapachami które jak to się mówi "działają" na mężczyzn. I przyszło mi do głowy że Touch jest właśnie takim zapachem, który niewątpliwie działa. Bezwzględnie działa ;) Więc jeśli tym "działaniem " kierujecie się wybierając perfumy- to rada jest jedna: Kupujcie Touch. I dajcie odpocząć producentom Euphorii ;)
Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała że Touch oczywiście coś mi przypomina i tym czymś jest najprawdopodobniej któraś z Escad , ale....nie pamiętam która.
Buteleczka a właściwie sam korek wygląda tak jakby ktoś od niechcenia ociosał sztabkę złota na obło, na szyi Touch , na rzemyczku wisi miś-najbardziej charakterystyczny element marki Tous.
Nuty:
migdały, wanilia, malina, miód
taitańska gardenia,osmanthus, arabski jaśmin
konwalia, lotos, frezja
5.01.2011
3.01.2011
O Smell Bent ogólnie i hurtem
Podekscytowana zacierałam ręce w oczekiwaniu na małe buteleczki ze śmiesznymi etykietkami, zawierające w moim wyobrażeniu niezwykłej urody niewiadomoco.
No i są. No i rzeczywiście jest to niewiadomoco . Zawędrowałam na stronę smellbent.com, żeby się upewnić że nie czuję tego co wedle skromnych bo skromnych ale jednak opisów czuć powinnam.
Z przykrością ale mus przyznać, że do mnie kręcioły Brenta -Smell Benta nie przemawiają jakoś...
Jednego nie można im odmówić, trwałości. Bo biorąc pod uwagę, że niektóre zapachy po godzinie zostają wątłym wspomnieniem ichniejsze 5-7 godzin to jest już coś. Gdyby jeszcze to coś zachwycało zapachem, to wyklikałabym tu ze 3 peany na ich cześć.
No więc po takich wstępnych wnioskach zebrałam sie w sobie i postanowiłam machnąć hurtem o kilku poznanych Smell-olejkach zanim się z nimi pożegnam, nie rodrabniając się na osobne posty o każdym.
Pięciowyrazowy post bowiem to byłaby przesada nawet jak na moje możliwości ;P
krótko więc:
Sexy Turtleneck -świeża buła ze sporą ilością miękkiego masła i miodem
nuty : miękkie drewno, piżmo, tonka, żywice, masło, paczula.
Horny Little Devil-drewniany młynek z pieprzem i oderwany z drzewa żywiczny złoty strupek.
nuty: bursztyn, czarny pieprz, piżmo, cynamon.
Incensed- jeżeli TO jest kadzidło to muszę stwierdzić, że nie znałam dotąd kadzidła,dla mnie smużka wanilii i mirry, z buteleczki pachnie zupełnie inaczej , bardziej żywiczno-dymnie.
nuty: kadzidło, mirra, wanilia....
Reindeer Games- No i Reindeer jest bardziej Incensed od Incensed, fajny , żywiczny , jak herbata z własnoręcznie robionym syropem z młodych pędów sosny.
nuty: francuskie kadzidło,bergamota,topola (?), bursztyn, daglezja zielona ( sosnowata, z modrzewiowych ;) )
Tibet ur Bottom - też ponoć kadzidło, i to potrójne ;> a w moim odczuciu świeżo drewno pociągnięte lakierobejcą
nuty: galanga l(przyprawa podobna do imbiru), ironwood , i nie wiem co jeszcze....
Never Never Land - maksymalnie ambrowy, aż do umordowania , bardzo przypomina mi Alambar Laboratorio Olfattivo.
nuty: gaiac,wetiver, bursztyn, pustynna róża....
Chile Vanilli paczula,wanilia i kora cynamonu. I paczula;)
Chile może podobać się wielbicielkom Yves Rocherowej Neonatury Cocon. Ja widzę spore, niemal bliźniacze podobieństwo . Chile pozbawione jest suchości jaką czuję w Coconie no i trwałość ma o wiele lepszą.
Po jakimś czasie podobieństwo do Cocona znika ale zapach zyskujena urodzie, stając się przyjemnie ciastkowy;)
No i ostatni z poznanych Elf-Fulfilling Prophecy-chyba największa moja nadzieja.....na piernik.
Po testach okazało się że żaden tam piernik, że szarlotka z suszonych jabłek, kto czyta dziś niech sobie wyimaginuje że szarlotka ta się piekła na święta, jabłek miałyście / mieliście za mało i nadrabialiście ciastem , o! Nic z piernika, no zupełnie nic. Takie samo zaskoczenie jak w przypadku zeszłorocznej limitowanki Gingerbread CB I Hate Perfume . Elf przypomina mi Demeterowe Mulled Cider i jest pięć razy trwalszy.
fotka: własnoręczna
No i są. No i rzeczywiście jest to niewiadomoco . Zawędrowałam na stronę smellbent.com, żeby się upewnić że nie czuję tego co wedle skromnych bo skromnych ale jednak opisów czuć powinnam.
Z przykrością ale mus przyznać, że do mnie kręcioły Brenta -Smell Benta nie przemawiają jakoś...
Jednego nie można im odmówić, trwałości. Bo biorąc pod uwagę, że niektóre zapachy po godzinie zostają wątłym wspomnieniem ichniejsze 5-7 godzin to jest już coś. Gdyby jeszcze to coś zachwycało zapachem, to wyklikałabym tu ze 3 peany na ich cześć.
No więc po takich wstępnych wnioskach zebrałam sie w sobie i postanowiłam machnąć hurtem o kilku poznanych Smell-olejkach zanim się z nimi pożegnam, nie rodrabniając się na osobne posty o każdym.
Pięciowyrazowy post bowiem to byłaby przesada nawet jak na moje możliwości ;P
krótko więc:
Sexy Turtleneck -świeża buła ze sporą ilością miękkiego masła i miodem
nuty : miękkie drewno, piżmo, tonka, żywice, masło, paczula.
Horny Little Devil-drewniany młynek z pieprzem i oderwany z drzewa żywiczny złoty strupek.nuty: bursztyn, czarny pieprz, piżmo, cynamon.
Incensed- jeżeli TO jest kadzidło to muszę stwierdzić, że nie znałam dotąd kadzidła,dla mnie smużka wanilii i mirry, z buteleczki pachnie zupełnie inaczej , bardziej żywiczno-dymnie.
nuty: kadzidło, mirra, wanilia....
Reindeer Games- No i Reindeer jest bardziej Incensed od Incensed, fajny , żywiczny , jak herbata z własnoręcznie robionym syropem z młodych pędów sosny.
nuty: francuskie kadzidło,bergamota,topola (?), bursztyn, daglezja zielona ( sosnowata, z modrzewiowych ;) )
Tibet ur Bottom - też ponoć kadzidło, i to potrójne ;> a w moim odczuciu świeżo drewno pociągnięte lakierobejcą
nuty: galanga l(przyprawa podobna do imbiru), ironwood , i nie wiem co jeszcze....
Never Never Land - maksymalnie ambrowy, aż do umordowania , bardzo przypomina mi Alambar Laboratorio Olfattivo.
nuty: gaiac,wetiver, bursztyn, pustynna róża....
Chile Vanilli paczula,wanilia i kora cynamonu. I paczula;)
Chile może podobać się wielbicielkom Yves Rocherowej Neonatury Cocon. Ja widzę spore, niemal bliźniacze podobieństwo . Chile pozbawione jest suchości jaką czuję w Coconie no i trwałość ma o wiele lepszą.
Po jakimś czasie podobieństwo do Cocona znika ale zapach zyskujena urodzie, stając się przyjemnie ciastkowy;)
No i ostatni z poznanych Elf-Fulfilling Prophecy-chyba największa moja nadzieja.....na piernik.
Po testach okazało się że żaden tam piernik, że szarlotka z suszonych jabłek, kto czyta dziś niech sobie wyimaginuje że szarlotka ta się piekła na święta, jabłek miałyście / mieliście za mało i nadrabialiście ciastem , o! Nic z piernika, no zupełnie nic. Takie samo zaskoczenie jak w przypadku zeszłorocznej limitowanki Gingerbread CB I Hate Perfume . Elf przypomina mi Demeterowe Mulled Cider i jest pięć razy trwalszy.
fotka: własnoręczna
25.11.2010
Sonoma Scent Studio,Ambre Noir
Stosując myk pod tytułem "na kogo wypadnie na tego bęc" wygmerałam Ambre Noir i wśród zgliszczy domowych przysiadłam skrobnąć słów kilka z głodu pisania i abyście o mnie nie zapomnieli, bo jestem , mam się dobrze, tylko warunków chwilowo brak.
Ambre Noir mnie ogłuszyła swoją mocą, zgniotła, zdusiła i wbiła w fotel. Toż to niemal zabójca zapachowy. Takiego stężenia mocy dawno nie miałam okazji poczuć, nawet tam gdzie się go spodziewałam. Tu się nie spodziewałam, choć po testach innych zapachów Laurie Erickson powinnam była .
Pierwsze zetknięcie i zbyt mocny wdech nosem spowodował że niemal poczułam w nosie, głowie , uszach pół litra czarnego atramentu, drugim razem wąchałam ostrożniej i o dziwo wydał mi się skrzyżowaniem Ouarzazate z Fille en Aiguilles w butelce po Ambre Sultan :D
Nie zmieniłam zdania po ponownych testach mam przed oczyma schlapany atramentem kałamarz i sosnowe igliwie, plaster świeżo uciętego drzewa z kroplami żywicy, mokrą ziemię i księdza - egzorcystę z opętaniem w oczach, w rozmemłanej sutannie.
Ambre Noir jest zapachem niezwykle trwałym i intensywnym i głębokim, ale nie należy się spodziewać że jest zapachem grzecznym ,bo nie jest.
Polecam kilka psiknięć , jeśli podróżujecie zatłoczonym autobusem miejskiej komunikacji -wolne krzesełko gwarantowane, bowiem takiej dawki mocy przeciętny pochłaniacz płatków na mleku ciut świtkiem nie zniesie ;) W innych przypadkach zalecany umiar a gwarantowane niezwykłe doznania.
Nuty:
olibanum , mirra, ambra, róża, wetiwer, labdanum, cedr, drzewo sandałowe, mech dębowy, goździk, castoreum*, paczula.
*castoreum- substancja o silnym zapachu, wydzielana przez gruczoły przyodbytowe bobrów,używana jako utrwalacz zapachu...
zdjęcie "pożyczyłam" ze strony : http://www.sonomascentstudio.com
Ambre Noir mnie ogłuszyła swoją mocą, zgniotła, zdusiła i wbiła w fotel. Toż to niemal zabójca zapachowy. Takiego stężenia mocy dawno nie miałam okazji poczuć, nawet tam gdzie się go spodziewałam. Tu się nie spodziewałam, choć po testach innych zapachów Laurie Erickson powinnam była .
Pierwsze zetknięcie i zbyt mocny wdech nosem spowodował że niemal poczułam w nosie, głowie , uszach pół litra czarnego atramentu, drugim razem wąchałam ostrożniej i o dziwo wydał mi się skrzyżowaniem Ouarzazate z Fille en Aiguilles w butelce po Ambre Sultan :D
Nie zmieniłam zdania po ponownych testach mam przed oczyma schlapany atramentem kałamarz i sosnowe igliwie, plaster świeżo uciętego drzewa z kroplami żywicy, mokrą ziemię i księdza - egzorcystę z opętaniem w oczach, w rozmemłanej sutannie.
Ambre Noir jest zapachem niezwykle trwałym i intensywnym i głębokim, ale nie należy się spodziewać że jest zapachem grzecznym ,bo nie jest.
Polecam kilka psiknięć , jeśli podróżujecie zatłoczonym autobusem miejskiej komunikacji -wolne krzesełko gwarantowane, bowiem takiej dawki mocy przeciętny pochłaniacz płatków na mleku ciut świtkiem nie zniesie ;) W innych przypadkach zalecany umiar a gwarantowane niezwykłe doznania.
Nuty:
olibanum , mirra, ambra, róża, wetiwer, labdanum, cedr, drzewo sandałowe, mech dębowy, goździk, castoreum*, paczula.
*castoreum- substancja o silnym zapachu, wydzielana przez gruczoły przyodbytowe bobrów,używana jako utrwalacz zapachu...
zdjęcie "pożyczyłam" ze strony : http://www.sonomascentstudio.com
3.11.2010
Giveaway u Hexxany
Czasem warto wyleźć z ramek ,wrzucić na luz, ,uśmiechnąć się do bloga własnego i naszych znajomych.
Polecam więc zabawę z nagrodami-niespodziankami na blogu Tysiąc jeden pomysłów i pasji u Hexxany, u której bywam częstym gościem łasa na wszelkie nowinki, które Hexx osobiście testuje na swym zacnym licu, ciele, włosach i paznokciach i o których czytam często z rozdziawioną paszczą ;)
Ukradłam zdjęcie z bloga Hexxany ;P
Takie fajności można wylosować:
Polecam więc zabawę z nagrodami-niespodziankami na blogu Tysiąc jeden pomysłów i pasji u Hexxany, u której bywam częstym gościem łasa na wszelkie nowinki, które Hexx osobiście testuje na swym zacnym licu, ciele, włosach i paznokciach i o których czytam często z rozdziawioną paszczą ;)
Ukradłam zdjęcie z bloga Hexxany ;P
Takie fajności można wylosować:
28.10.2010
Annick Goutal, Eau du Fier edt
Gdyby ktokolwiek dał mi do powąchania Eau du Fier w jego początkowej fazie nie wpadłabym na to, że mogą to być perfumy. Przeczytawszy nuty spodziewałam się czegoś zupełnie innego . Tymczasem początek mnie przeraził, nie aż tak bardzo;p Ponieważ człowiek takim stworzeniem jest, że podobają mu się różne wydzielające woń dziwy. Takoż i tutaj.
Zapach podobno inspirowany małą wyspą na zachodnim wybrzeżu Francji. Słone morze, piaszczyste plaże i tak dalej...
Tymczasem ja poczułam woń przykurzonego stryszku, wielokrotnie pastowanego, wiekowego parkietu, jaki pamiętam z starej, wiejskiej szkoły w której dane mi było w dzieciństwie często przebywać w okresie wakacji. Zapach ten nie mija, w miarę upływu czasu trwa równie intensywnie jak na początku, podłoga zbiera tylko kolejne warstwy kurzu, które początkowo wgryzają się w warstwę pasty a potem tworząc nań szarą pylistą smugę.
Kurz osiada na wszystkich wypucowanych meblach na starych poszarzałych mapach.
Próbowaliście kiedyś podpalić deseczkę parkietu? Ja owszem ;) W Eau du Fier to chyba wędzona herbata będzie tą paloną deseczką. Jednak mi taka herbatka nie smakuje ;)
Pomimo najszczerszych starań i pobudzania wyobraźni różnymi znanymi mi metodami jedyne co jeszcze udało mi się wyłuszczyć z tego dziwaka (jednak) to sól. Dużo soli. I ani grama słodyczy która przeciętnemu osobnikowi używającemu perfum mogłaby się z nimi kojarzyć.
No i koniec. Ostatni rzut oka na opustoszałą szkolną salę geograficzną: na jednym ze stolików leży zaschnięta smętna skórka pomarańczy.
Zapach sam w sobie ciekawy i pomimo tego że sama używam wielu zapachów uznawanych przez otoczenie za śmierdzące dziwadła do tego jakoś trudno mi się przekonać. Wąchać z nadgarstka owszem, pachnieć nim jednak nie. I nie szkodzi bo Eau du Fier nie jest już produkowany.
Nuty zapachowe:
mięta, gorzka pomarańcza, goździki, kora brzozy, wędzona herbata, osmantus, fleur de sel (salt flower).
Zapach podobno inspirowany małą wyspą na zachodnim wybrzeżu Francji. Słone morze, piaszczyste plaże i tak dalej...
Tymczasem ja poczułam woń przykurzonego stryszku, wielokrotnie pastowanego, wiekowego parkietu, jaki pamiętam z starej, wiejskiej szkoły w której dane mi było w dzieciństwie często przebywać w okresie wakacji. Zapach ten nie mija, w miarę upływu czasu trwa równie intensywnie jak na początku, podłoga zbiera tylko kolejne warstwy kurzu, które początkowo wgryzają się w warstwę pasty a potem tworząc nań szarą pylistą smugę.Kurz osiada na wszystkich wypucowanych meblach na starych poszarzałych mapach.
Próbowaliście kiedyś podpalić deseczkę parkietu? Ja owszem ;) W Eau du Fier to chyba wędzona herbata będzie tą paloną deseczką. Jednak mi taka herbatka nie smakuje ;)
Pomimo najszczerszych starań i pobudzania wyobraźni różnymi znanymi mi metodami jedyne co jeszcze udało mi się wyłuszczyć z tego dziwaka (jednak) to sól. Dużo soli. I ani grama słodyczy która przeciętnemu osobnikowi używającemu perfum mogłaby się z nimi kojarzyć.
No i koniec. Ostatni rzut oka na opustoszałą szkolną salę geograficzną: na jednym ze stolików leży zaschnięta smętna skórka pomarańczy.
Zapach sam w sobie ciekawy i pomimo tego że sama używam wielu zapachów uznawanych przez otoczenie za śmierdzące dziwadła do tego jakoś trudno mi się przekonać. Wąchać z nadgarstka owszem, pachnieć nim jednak nie. I nie szkodzi bo Eau du Fier nie jest już produkowany.
Nuty zapachowe:
mięta, gorzka pomarańcza, goździki, kora brzozy, wędzona herbata, osmantus, fleur de sel (salt flower).
12.10.2010
Serge Lutens,Bas de Soie
Pierwszy test Bas de Soie ujawnił irysa i młode marchewki, li i tylko , ale jak się już niejednokrotnie przekonałam kolejne mogą zaskoczyć, takoż i tutaj. Wylazł bowiem hiacynt, chłodny i słodki w towarzystwie nieśmiałych ledwo wybudzonych przez słońce pierwszych niepozornych jeszcze roślinek.
Hiacynt ów jest chłodny niczym ziemia na której rośnie i powietrze w pierwszych dniach wiosny, kiedy to jeszcze ziemia prawie łysa i tylko co śmielsze roślinki odważnie wychynęły spod pulchnego gruntu.
W moim ogródku jest i irys i marchewka wzeszła.Wszystko pięknie.
W miarę rozpełzania się zapachu , w wysokiej temperaturze próbuje się przedzierzgnąć gorycz, z irysa jak mniemam. W niższych temperaturach gorycz się nie pojawia.
Zapach jest jasny, świetlisty i niezwykle szykowny. Odrobina słodyczy i pudru nie pozbawia go chłodu i delikatnej surowości a dodaje mu szlachetnej czystości i elegancji. W jednej chwili przyjemny i mięciutki , w drugiej chłodny "ziemniak" . Nie traci on przez to swojego uroku, jest jednak nietypowy i nijak się ma do poprzednich dzieł Lutensa.
To dosłownie zapachowa rewolta, choć podobna, pozorna lekkość u Lutensa już się pojawiała.
Czemu jednak pończochami ów zapach nazwano jedwabnymi/ nylonowymi pończochami nie wydedukowałam , może to ta gładkość i pozorne wrażenie chłodu a może wrażenie elegancji . Warto przekonać się osobiście, aczkolwiek wśród zwolenników sztandarowych zapachów Lutensa, Bas de Soie nie musi znaleźć uznania .
Nuty: irys, hiacynt, piżmo, galbanum,
Hiacynt ów jest chłodny niczym ziemia na której rośnie i powietrze w pierwszych dniach wiosny, kiedy to jeszcze ziemia prawie łysa i tylko co śmielsze roślinki odważnie wychynęły spod pulchnego gruntu.
W moim ogródku jest i irys i marchewka wzeszła.Wszystko pięknie. W miarę rozpełzania się zapachu , w wysokiej temperaturze próbuje się przedzierzgnąć gorycz, z irysa jak mniemam. W niższych temperaturach gorycz się nie pojawia.
Zapach jest jasny, świetlisty i niezwykle szykowny. Odrobina słodyczy i pudru nie pozbawia go chłodu i delikatnej surowości a dodaje mu szlachetnej czystości i elegancji. W jednej chwili przyjemny i mięciutki , w drugiej chłodny "ziemniak" . Nie traci on przez to swojego uroku, jest jednak nietypowy i nijak się ma do poprzednich dzieł Lutensa.
To dosłownie zapachowa rewolta, choć podobna, pozorna lekkość u Lutensa już się pojawiała.
Czemu jednak pończochami ów zapach nazwano jedwabnymi/ nylonowymi pończochami nie wydedukowałam , może to ta gładkość i pozorne wrażenie chłodu a może wrażenie elegancji . Warto przekonać się osobiście, aczkolwiek wśród zwolenników sztandarowych zapachów Lutensa, Bas de Soie nie musi znaleźć uznania .
Nuty: irys, hiacynt, piżmo, galbanum,
27.09.2010
Cristiano Fissore Cashmere for men
Gdybym miała przybliżyć zapach Cashmere za pomocą jednego tylko zdania rzekłabym : odrobinę mniej dymny Gucci pour homme. Ale to tak w wielkim uproszczeniu.
W Cashmere bowiem jest niezwykła kremowość, gładkość i zielony cug ,smuga dosłownie. Coś jakby młode zielone gibkie i wilgotne witki, obdarte z miękkiej kory . Gdzieś już czułam coś podobnego i na pewno nie był to Gucci.
Dymność bierze się z żywych pełnych soku gałązek, a nie z suchych drewnianych szczap, tli się słodko i delikatnie i jest tak urocza , że chce się żeby to trwało i trwało....No i trwa i z chwili na chwilę jest coraz milej.
Jest tak miło, że aż wierzyć się nie chce, że Cashmere jest " for men" Czy godzi się o męskim zapachu pisać, że jest uroczy? ;)
Jedna z najbardziej urokliwych i nienachalnych odsłon bergamoty objawia się moim zdaniem właśnie w Cashmere, w połączeniu z żywicą jest niemal jak herbatka z miodem w zimny wietrzny dzień. Nie tyle w sensie zapachu co mnogości przyjemnych doznań. Słodyczy jest bowiem taka ilość że aby wspomnieć o słodyczy mówiąc o Cashmere trzeba się zastanowić, bo słodycz jest ale jej ilość jest na tyle umiarkowana, że słowo "słodkie" w opisie jeśli się pojawi to gdzieś na końcu. Do tego wszystkiego ogrom drewna i kadzidlana chmurka. Nie wiem jak pachnie samo drewno kaszmirowe ale mam poczucie, że to właśnie ono czyni Cashmere , do tego przecudnej urody gwajak. To nie mógł być niewypał .
Nie lubię klasyfikować perfum na męskie i damskie, ale zastanawia mnie które to składniki mogą go czynić męskim, no i nie wiem...może wetiwer, cedr, laur ?
Unisexem nie ośmielę się go nazwać mając w pamięci słowa mojego bliźniego: jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego;)
Chciałabym mieć:)
nuty:
drewno kaszmirowe, gwajak, drewno tekowe, żywica, bergamota, laur, cedr, imbir, wetiwer, ambra, paczula, białe piżmo, żywica elemi.
W Cashmere bowiem jest niezwykła kremowość, gładkość i zielony cug ,smuga dosłownie. Coś jakby młode zielone gibkie i wilgotne witki, obdarte z miękkiej kory . Gdzieś już czułam coś podobnego i na pewno nie był to Gucci.
Dymność bierze się z żywych pełnych soku gałązek, a nie z suchych drewnianych szczap, tli się słodko i delikatnie i jest tak urocza , że chce się żeby to trwało i trwało....No i trwa i z chwili na chwilę jest coraz milej.
Jest tak miło, że aż wierzyć się nie chce, że Cashmere jest " for men" Czy godzi się o męskim zapachu pisać, że jest uroczy? ;)
Jedna z najbardziej urokliwych i nienachalnych odsłon bergamoty objawia się moim zdaniem właśnie w Cashmere, w połączeniu z żywicą jest niemal jak herbatka z miodem w zimny wietrzny dzień. Nie tyle w sensie zapachu co mnogości przyjemnych doznań. Słodyczy jest bowiem taka ilość że aby wspomnieć o słodyczy mówiąc o Cashmere trzeba się zastanowić, bo słodycz jest ale jej ilość jest na tyle umiarkowana, że słowo "słodkie" w opisie jeśli się pojawi to gdzieś na końcu. Do tego wszystkiego ogrom drewna i kadzidlana chmurka. Nie wiem jak pachnie samo drewno kaszmirowe ale mam poczucie, że to właśnie ono czyni Cashmere , do tego przecudnej urody gwajak. To nie mógł być niewypał .
Nie lubię klasyfikować perfum na męskie i damskie, ale zastanawia mnie które to składniki mogą go czynić męskim, no i nie wiem...może wetiwer, cedr, laur ?
Unisexem nie ośmielę się go nazwać mając w pamięci słowa mojego bliźniego: jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego;)
Chciałabym mieć:)
nuty:
drewno kaszmirowe, gwajak, drewno tekowe, żywica, bergamota, laur, cedr, imbir, wetiwer, ambra, paczula, białe piżmo, żywica elemi.
26.09.2010
Histoires de Parfums , 1740 Marquis de Sade

Dla "stwórców" Markiz de Sade był chyba grzecznym chłopaczkiem z burzą hormonów. Albo ja czytałam same oszukańcze treści na temat de Sade ;) No dobra, może trochę przesadziłam z tym grzecznym chłopaczkiem. Ale to dlatego, że niczego specjalnie kontrowersyjnego się nie doszukałam a się spodziewałam. Czego się spodziewałam? No cóż... biorąc pod uwagę że parokrotnie zdarzało mi się wąchać różne smrody zwane perfumami i to zupełnie niespodziewanie, to tutaj się ich najnormalniej w świecie spodziewałam.
Nie ma zapachu krwi, nie ma zapachu erotycznych ekscesów szalonego pisarza, nie ma nawet zapachu suchej pomarszczonej skóry pośladków Markiza ;) Piwniczki też niewiele, trochę tylko na otarcie łez. Paczula w całkiem miłej dla nosa odsłonie mimo że zalata wilgocią i czymś zbutwiałym, zdaje się być przez pewien czas najgłówniejszą nutą , ustępując po jakimś czasie pola wanilii i skórze, ale tylko na jakiś czas, bo w pewnym momencie wyłazi ponownie i panoszy się wraz z drewnem.
U mnie to będą stare drewniane ławy gładkie, bo wyślizgane przez markizowe pośladki. (choć tyle;p ). Sporo tutaj też czystka, wiem bo skubańca już umiem wyczaić w perfumach ;)
O dziwo czuję w nim też coś jakby przesiąknięte tytoniem ubrania , choć w nutach tytoniu nie widać.
Skłamałabym jednak pisząc, że Marquis de Sade to zapach niewinności, ponieważ coś tam erotycznego w nim jest ale to taka erotyka w stylu "choć na kolanka a dziadzio Cię nauczy tego i owego", nie wrzyna się na chama w społeczeństwo, nie otumania, nie bezcześci niewinności (jeśli takowa gdzieś się jeszcze uchowała) i nie sprowadza na manowce.
Zainteresował mnie, bo ma coś wspólnego z Aziyade, tę samą lekko kwaśną ,lekko lubieżną nutkę, ale mieć nie planuję ;)
nuty:
bergamotka, dawana, paczula, kolendra, kardamon, cedr, czystek, brzoza, kocanka, wanilia, skóra.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





