27.07.2011

Byredo, M/Mink

 Po aplikacji Mink miała autentycznego stracha że znowu coś złego dzieje mi się z nosem, czuję niesamowity smród, trudny do określenia, szczypiący wręcz w oczy,  i może- o liściasty borze-zechcę przerzucić się na stokrotki, wilce i róże... wszędzie czuję aoudopodobnie  odrzucające mnie  wonie, zwariowałam więc i nic już nigdy nie zapachnie mi inaczej ;D
A tu okazało się że ze mną ok, po prostu Mink w pierwszych sekundach  raczy mnie jakimś chemicznym dziwadłem, adoxalem zwanym,  który pachnie trochę jak atrament i którego, ha-jakie to zabawne, można sobie kupić, na przykład kilogram-jak masz wolne ze 300 dolców i zamierzasz bełtać perfumy, no niby nic dziwnego ale okropnie mnie to rozbawiło.
Zapomniałam nawet na chwilę że to mi cały czas śmierdzi pod nosem....
Jestem okropna, że nie umiem docenić perfumiarskiego kunsztu,  zacieszam się  tym, że oprócz tych wyklikanych pod postami nut zapachowych w perfumach-eureka-znajduję się też chemia, zamiast z mety trzasnąć pięciozdaniowy  elaborat , jak na mnie przystało.
Ale nie panikuję, ponoć tak ma być. Czekam . Na kadzidło, na miód i na paczulę.....
Czas mija a ja czekam..
Przestało podać , naciągnę gumowe buty i idę na rower.
Godziny później.
Podtykam  nadgarstek do nosa. Adoxal.
Tym, którzy uważają, że L'artisanowy Dzing! pachnie zwierzęciem, słoniem, koniem, czy innym siodłem, polecam testy  Mink;)  Dzing! przy tym to słodki pieszczoszek .
 Po wielu , wielu godzinach ( o dzięki Ci święty Antoni, czy tam inny święty ,który akurat ma czas), czuję trochę kadzidła i paczuli, zapach staje się słodkawy, chemiczna  zbroja puszcza i Mink staje się tym czym jak dla mnie mógłby być od początku bez tego paskudnego odstraszacza.
Staje się powoli słodkawym kadzidlakiem, z niewielkim dodatkiem ambry, trochę w typie  Ambre Noir SSS,  trochę bo na tym etapie mocy  zaczyna mu już brakować.
Do końca przebrzmiewa jednak adoxalowy koszmarek , przeistoczony z atramentowo-brudnego dziwadła w dziwadło metaliczno-brudne.  Moim zdaniem -niszowy cudak.


nuty: adoxal, paczula, miód, ambra, olibanum




fotka pożyczona ze strony: www.byredo.com

22.07.2011

Sonoma Scent Studio, Fireside Intense

Tak nasyconych i głębokich zapachów jak te od Laurie Erickson nie ma wielu, serio. Jeszcze wiele mam nadzieję przede mną , ale dotąd się raczej nie spotkałam . Każdy, jaki przyjdzie mi testować wprawia mnie w głębokie zdumienie i wywołuje spore emocje , to jest coś zważywszy na to że to przecież tylko zapach. Tylko...
Nie inaczej było z Fireside, choć od razu wiedziałam że trudno byłoby mi nosić taki zapach na co dzień, ze względu na mocarną siłę rażenia ;)
Fireside Intense bowiem pachnie płonącym drewnem , wędzonką, ale szczęśliwie nie kiełbasą, toteż wdycham tę przecudnej urody mocarną woń z wielką przyjemnością .
Jest to zapach  solidnie przewędzonego, odymionego drewna, dogasającego ognia, gdzie jeszcze cokolwiek tli się i spokojnie snują sie smugi pachnącego dymu, powietrze dookoła jest ciężkie i zawiesiste, siwe od rozsnutego w górze dymu, a temperatura wokół niska . Drewno nim spłonęło było soczystymi żywymi jeszcze klockami, ociekającymi żywicą, pachnące jeszcze lasem. Nim dowiedziałam się co zawiera w sobie Fireside zastanawiałam się co powoduje wrażenie wędzonkowej tłustości, mazistej i ciemnej, teraz już wiem ,że to dziegieć, czyli smoła drzewna :)
Jak w każdym zapachu przychodzi i tu moment na zmiany, więc po długim czasie wyczuwam drzewo gwajakowe i odrobinę skóry i castoreum -wspólny mianownik z Ambre Noir, który wyczaiłam jak tylko powąchałam Fireside . Cały czas jednak , do samego końca jest to przede wszystkim przepiękny zapach  nie byle jakiego ogniska.
Obraz pewnie dla wielu mało perfumeryjny, ale za to jaki fascynujący;) No i rzecz istotna - jest zapachem niezwykle trwałym, na nadgarstku trzyma się calutki dzień, dogasa drzewnie i ambrowo.
I jest  coś : jest w nim oud :o
Więc jest! Pierwszy zapach z agarem który mnie nie odrzuca :-) Na nadgarstku sobie noszę , z niemałą przyjemnością, może więc uda mi się oswoić go na dłużej, kto wie..

Nuty:
  sandałowiec indyjski, drewno gwajakowe, drewno agarowe ,nagarmotha,  dziegieć, cedr himalajski, cedr teksański skóra, mech dębowy, castoreum, ambra.


fotka pochodzi ze strony : www.sonomascentstudio.com

18.07.2011

Heeley, Verveine edp

W ten upalny lipcowy dzień , postanowiłam poczynić wpis orzeźwiający , a może nawet na koniec okaże sie być kuszącym ;)
od pierwszych sekund Verveine  rześką absolutnie naturalną cytrusową wonią, bez efektu Cifa, i to już jest duży plus, często powiem cytrus w perfumach jest tak obrzydliwie chemiczny że zniechęca do kolejnych testów nawet mnie, mimo że zwykle nie poddaję się szybko.
Cytrynowa werbena i rabarbar, robią genialne przywracające do życia w upalny dzień otwarcie, co prawda rabarbaru cukrem nie posypano, ale jest lekko słodkawo i subtelnie owocowo.  Na tyle  jednak delikatnie,że znoszę tę odrobinę owocowości a nawet chwalę.  Porzeczka nie jest jakoś szczególnie wyczuwalna, sok nie cieknie między palcami, jedynie odrobinę przyciemnia zapach i dodaje mu głębi, już w początkowej fazie której samymi cytrusami  nijak nie idzie uzyskać.
Po kilku chwilach to orzeźwiającej fontanny zmysłów dołącza bergamotka i czuję się niemalże jak w tropikach, w cieniu palmy z oszronioną szklanką earl grey w dłoni. Jest dobrze, jeszcze tylko wcisnę sobie z pół cytryny i będzie idealnie.Co ciekawe zapach nie jest jedynie wariacją na temat cytrusów, nie brak mu bowiem zieloności co jeszcze bardziej moim zdaniem podobija jego świeżość.  Jest  naprawdę fajnym herbacianym miksem.
A żeby było ciekawiej i bardziej perfumeryjnie mamy jeszcze jaśmin i piżmo, które ocieplają go, dodają  puszystości  i powodują że przyjaźni się ze skórą skuteczniej i na dłużej.
No i w zasadzie tyle o samym zapachu . Na zakończenie dodam jeszcze że może być fajną, nieco trwalszą alternatywą dla tych, (zapewne licznych osób;)  ) z których szybko znikają ogródki Hermesa, a jeśli lubisz Ninfeo Mio czy na przykład Etrę to jest duże prawdopodobieństwo że polubisz również Verveine.



Nuty:

bergamotka, rabarbar, kardamon, verbena, czarna porzeczka, jaśmin, białe piżmo.

13.07.2011

Michał Szulc , Sale Perfume 01

Sale Perfume to  spełnione marzenie Michała Szulca, miało być i jest  wisienką na torcie jego kolekcji. 
Dlatego tym razem, zamiast skupiać się tylko i wyłącznie na olfaktorycznych doznaniach, podzielę się z Wami tym - czego sama dowiedziałam się od Michała :
"Chciałem, żeby w tej kolekcji, która jest "produkcyjna", więc modele powielane są w produkcyjnej ilości sztuk, a nie jak dotąd w moim przypadku w 1 egzemplarzu pokazowym, znalazło się coś niesamowitego, nierealnego. Coś, o stworzeniu czegoś się marzy, co będzie nowym wyzwaniem, czymś trochę innym od "konfekcji" ale nie do końca oderwanym od (generalnie rzecz ujmując) estetyki"
 Dzięki wytrwałości, zapałowi i zaangażowaniu po pół roku Michał trzymał w dłoni próbną mieszankę a po kolejnych wielu miesiącach gotowy produkt. Esencja zapachu powstała we Francji, butelka w polskiej hucie szkła,  zdobiona natomiast była w Niemczech. 
Było tak:
"Cały proces "zapachowy" rozpoczął się od mojej "opowieści" o tym, jak sobie wyobrażam perfumy. Musiałem opisać zapach, butelkę, opakowanie, czyli całość zamysłu "artystycznego", żeby oddać klimat, w jakim chciałbym, by był gotowy produkt. Przesłałem zdjęcia swoich realizacji ubraniowych, bo jestem przede wszystkim projektantem mody, chciałem, żeby zapach był tego dopełnieniem. Dostałem kilkadziesiąt olejków do przetestowania i wyboru, więc to ktoś za mnie zrobił pierwszą selekcję i z morza zapachów wybrał te, które odpowiadały na mój wcześniejszy opis. Po moim wyborze była kolejna weryfikacja, decyzje o tym, że pewnych zapachów nie powinniśmy połączyć, że sobie zaprzeczą, zniosą się, nie będą współgrać. Odbyła się więc "podmiana" lub wykluczenie, esencje zostały zmieszane i dotarły do mnie. Miałem możliwość kilku kolejnych prób i wprowadzania zmian, ale po pierwszym "psiknięciu" wiedziałem, że to jest to. Dla mnie ten zapach jest absolutny, jest idealnym dopełnieniem moich pozostałych rzeczy."
 A ja jako osoba niepraktykująca ale  "kształcona odzieżowo" i znająca kolekcje Michała powiem, że ten zapach faktycznie jest jej dopełnieniem . 
Teraz do rzeczy;)
Na dzień dzisiejszy nie sposób nie odnieść się do krążących po sieci opinii jakoby Sale Perfume było kopią Black Cashmere Donny Karan, po porównaniu nut zapachowych nie sposób nie zgodzić się z faktem, że podobieństwo rzeczywiście istnieje, jednak nazywanie ich kopią to gruba przesada jest. A jeśli już uprzeć się przy tej opinii to na mnie jest to co najwyżej  lepsza wersja Black Cashmere, ja się jednak do tej opinii przywiązywać nie będę, bo czyż mało razy pisałam tu na blogu o podobieństwach między zapachami? nie mało, ale też wiele mam jeszcze do napisania -a znam mnóstwo zapachowych "bliźniaków". Więc owszem uznaję, że są podobne, ale nie zgadzam się z opinią, że takie same.
Sale jest zapachem ciepłym i świetlistym nie ma w nim chłodu i oddechu zza światów, nie ma mrocznej surowości, jak to czasem bywa w przypadku zapachów z labdanum " w składzie".  Słodycz  miodu i wanilii jest doskonale wyważona, nienadmierna, nie przydusza przypraw a wprowadza idealny, subtelny balans pomiędzy nutami, zapach tańczy na ciele, opływa je niczym miękka, gładka tkanina, przyciąga i uwodzi. 
Jest pieszczotą dla zmysłów a nie surowym sygnałem, wszędobylskim (ale zapachowym)   fakiem w kierunku otoczenia, którego przyznaję sama niekiedy stosuję (sporą dawką Cinnabar na przykład , albo Durbanowym Czarnym Turmalinem;)))  ). 
Sale przyciąga i wzbudza same pozytywne emocje, uśmiecham się więc  do zapachu....    A potężna według mojego nosa dawka drewna wenge "robi" mi jeszcze więcej przyjemności, jest ono w tym zapachu od początku do końca, nie cichnie ani na chwile, znika dopiero wówczas gdy znika cała reszta. Szczęśliwie u mnie ten moment nie następuje szybko i tym Sale Perfume również pobija Black Cashmere, trwałość bowiem jest więcej niż przyzwoita.
Nie wiem jakie wrażenia mają mężczyźni ale moje "badania" wykazały, że na męskiej skórze labdanum harcuje o wiele intensywniej i zapach traci miękkość, stając się ostrzejszym i surowszym. Ale to dobrze chyba..;) 
 Wyprodukowano jedynie 1000 sztuk i niestety nie powstanie ani jedna dodatkowa butelka Sale Perfume 01, 
ale
może powstanie
02
?? 
 
Nuty: biały pieprz, szafran, czerwona róża merechai ,paczula z singapuru, wanilia, miód, goździk, labdanum, afrykańskie drzewo wenge, korzeń massala, ambra.
 
 
To co na pierwszy rzut oka wydaje się proste, najczęściej zaskakuje przy bliższym poznaniu...
powiedział ktoś już kiedyś coś takiego? żeby też przypadkiem nie okazało się żem zmałpowała jakiegoś natchnionego filozofa;)) 
 
 

6.07.2011

Pro Fvmvm Roma , Arso

Ponoć Arso jest dziełem czterech osób i pierwsze chwile z tym zapachem przywołały do głowy myśl taką że normalna to rzecz, że każda z tych osób inaczej wyobrażała sobie zapach  płonącego kominka jakim Arso być miało, no i jest to nawet logiczne , dlatego - i pewnie w tym tkwi uroda Arso- jest taki zaskakujący.
I nie są to bynajmniej słowa "na wyrost".
Początek jest niemalże zimny, zimny jak deszcz jesienią, i przywodzi na myśl namoknięte stare drewniane pniaki zwalone przez silny wiatr, częsciowo wgniecione w ziemię, spękane, butwiejące gdzieniegdzie pokryte mchem, zmurszałe , smętne i ulepione podejrzaną mazią.
Nim się obejrzałam, nim się rozmarzyłam tym mokrym omszałym drewnem, oczom mym, a właściwie nosu memu objawiły się  radośnie płonące suche drewniane szczapy , i wilgotne, soczyste igliwie strzelające w górę iskry wynoszą ponad płomień żywiczną woń. Roztaczające zapach z jednej strony żywiczny i mokry a z drugiej suchego drewna,
To jest ten rodzaj zapachu który daje uczucie ciepła i przytulności  nawet gdy-tak jak dziś za oknem chłód  w domu chłód, chłodne dłonie i wszystko chłodne.
Mimowolnie przywodzi na myśl rozświetlony płomieniem kominek, ze świeżo zniesionym z lasu opałem  typu "co znajdę to podrzucę". Jeśli nie masz naciętych wybajerzonych klocków dokominkowych  , to znosisz patyki , połamane sosnowe gałęzie wraz z igiełkami. I wrzucasz do ognia to wszystko a potem rozkoszujesz się tym co czujesz.... no i tak właśnie pachnie Arso.
Z drugiej strony las to nie tylko sosny  więc nie wszędzie i nie każdy wrzuciłby to samo, a wiec i zapach jaki wydziela taki kominek nie jest taki oczywisty ;)
Omszałe mokre drewno, było tylko wstępem-figlem , żartobliwym mrugnięciem oka twórców tego zapachu, bo po tymże tajemniczym wstępie zrobiło się jasno i urodziwie.
Mało poetycko? Może i tak , ale  pomimo że Arso nie pachnie cały czas tak samo  to jest zapachem prostym, wiec cóż ... nie będę szaleć :))

Nuty zapachowe : cedr, skóra, żywica, kadzidło

1.07.2011

L'Artisan Parfumeur, Havana Vanille

Z recenzjami L'Artisanów sprawa jest taka że po aplikacji nie należy się ociągać z przelewaniem doznań na klawiaturę, czy też jak czasem mi się zdarza najpierw na papier. Bo choć uroda wielu z nich jest godna peanów  to trwałość tej urodzie nie dorównuje. Chciałoby się niektóre zatrzymać dłużej, niekiedy posuwam się do serii uczynków na ciele mających tę trwałość przedłużyć i raczej z marnym rezultatem. Nawet oszczędne wywąchiwanie z nadgarstków , przedramion i wszystkich innych miejsc w które jestem w stanie skierować nos nie pomaga. Zapach uparcie ulatuje i znika nie pozwoliwszy się nawet nacieszyć.Szkoda....
Dziś na szybkie wrażenia, wbrew mało przychylnej aurze za oknem zaaplikowałam Havana Vanille.
Nie umiem się dopatrywać w tym zapachu żadnych historii, nie umiem stworzyć żadnego obrazka. Havany nie ma, kubańczyka z cygarem w zębach też nie. Jest za to wanilia w ilości rozsądnej i taka sama ilość pomarańczowego kwiecia, tak subtelna że trzeba naprawdę uważać żeby nie przeoczyć momentu kiedy tę kwiatowość czuć;) Całość kojarzy mi się raczej ze średnio słodkim ciasteczkiem z kropelką rumu.
Kiedy przestałam sobie wmawiać że jest to zapach waniliowy, nosu memu ukazało się coś z lekka przykurzonego co pewnikiem tabaką być miało, maluśko jednak tej tabaki, oj maluśko.  I ta tabaka właśnie stłumiła słodycz i kwiecię, sprawiając że zapach stał się stępiony , to mniej więcej takie wrażenie  jak gdyby wąchać Havana Vanille przez słomkę do napojów, zmęczyć się idzie od takiego wąchania....ale jest przyjemnie, naprawdę przyjemnie.
Baza jest świetna, fasola tonka, piżmo, wanilia, ciepłe jak lato w tropikach- powinny trwać i trwać  i niechby już sobie były takie delikatne, byle były, cieszyły nos i koiły, no bo przecież nikt się po takich nutach nie  spodziewa dzikich doznań .Tymczasem zbliża się ich koniec... ulatują , najdłużej zostawiwszy na skórze zakurzoną laskę wanilii.


Nuty:
nuta głowy: rum, mandarynka, pomarańcza, goździki
nuta serca: suszone owoce, narcyz, róża, liście tabaki
nuta bazy: wanilia, fasola tonka, balsamy (benzoes, tolu ), wetiwer, nuty piżmowe

25.06.2011

Thierry Mugler, Womanity ;)

  

     Jeśli wezmę pod uwagę fakt że zamiarem Muglera było stworzenie zapachu słono-słodkiego i drzewnego na dokładkę, to bez zwracania uwagi na jego urodę, napiszę: ok, udało mu się . To jest zapach słodko-słony. Kolejnym zamierzeniem było czynić tak aby Womanity stało się  trzecim cudem Muglera obok Angela i Aliena, no i tutaj dzwon jak w mordę strzelił. Bo choć Anioł i Obcy wzbudzają skrajne emocje, tak samo jak Womanity, to siła rażenia jest nieporównywalna.
Womanity też poraża- zapachem posypanego cukrem pora :P
No dobrze, to kawior jest prawdopodobnie, nie jest to jakiś szczególnie urodziwy składnik perfum , ale za to jak luksusowo brzmi ;)
A idąc dalej zapach kojarzy mi się z warzywną, zielonkawą marmoladą z dodatkiem mocno przejrzałych, mięciutkich  fig, posłodzoną, posoloną, popieprzoną i w ogóle i w ogóle.......
Ulokowane w nutach głowy cytrusy są początkowo tak intensywne, że aż nienaturalne, jakby sztuczne i kojarzą się z wrzuconym do szklanki z wodą  musującym tabsem z serii " wszystko czego potrzebujesz, wypij- zdrowiej się poczujesz". Womanity musuje i musuje, drażni i kusi na przemian , to przydusza słodyczą, to cuci słoną bryzą.Taaaak, to się udało.....
Nie wspomnę o tym, że motyw słono-słony skądś znam? Wspomnę, wspomnę,  a co mi tam :D
Otóż zapachowo zupełnie inna bajka, ale podobne słono-słodkie połączenie i faktycznie z drewnem to Eau des Merveilles baj Hermes.
Musująca faza szczęsliwie wieczna nie jest, to też doczekawszy się końca musowania, poczułam radosną słodycz figi, to jest inna figa niż wszystkie ( 4 ) które dotychczas poznałam, ale w porządku, bo tamte były  w odczuciu zapachami typowo figowymi a tutaj jest figowa wariacja, całkiem ładna w sumie.  Czas mija a figa staje się coraz słodsza, zemdlona i zapudrowana aż przestaje być figą . I  w tym momencie zapach przestaje być wyjątkowy, bo inny.
O ile słono-słodki dziwak jest ciekawostką imoże się podobać bądź nie podobać, o tyle ten moment w Womanity jest taki, jakich jest mnóstwo na sklepowych półkach, ot słodziak i tyle. Szczęśliwie , ten moment siedzi sobie gdzieś w środku i nie jest przewodnim w zapachu, inaczej  zapach raczej na pewno nie zdobyłby uznania. Gaśnie, a właściwie powoli dogasa ambrowo-delikatnie i piżmowo-delikatnie i delikatnie słodko.
W ogóle wszystko jest tutaj zbyt delikatnie jak na Muglera ;))
Owszem, jest jakiś. Jest całkiem oryginalny w tej swojej dziwaczności. Na pewno znajdzie zachwyconych odbiorów. ( Sama było skuszona na etapie musowania) ale miejsca obok dwóch wyżej wymienionych chyba jednak nie zajmie.
Chyba że na półce u kolekcjonerów flakoników , bo buteleczka świetna, i żaden szanujący się zbieracz nie odpuści.
Prawda Magdulenko? ;)

Nuty zapachowe: kawior, figa, drewno figowca, ambra,


ps.nie wiem czemu zawsze muszę doszukiwać się podobieństw...

21.06.2011

Histoires de Parfums , 1969

 Zastanawiałam się czy nazwa na pewno jest adekwatna i  rzeczywiście oddaje ducha cyfr jakimi nazwany został ten zapach. Nie ma chyba ludzi którzy nie mieliby jakichkolwiek skojarzeń z tymi cyframi i jakie by one nie było to możliwe że w pokręcony sposób i niekoniecznie wprost skojarzą się z erotyką, bez szaleństw -ale jednak, również ze znacznie mniej przyjemnymi tematami , które są efektem szalonych lat rewolucji seksualnej również, ale o tym pisać oczywiście nie będę;)
Ja w każdym razie nijakiej rewolucji nie widzę w tym zapachu.
Otwarcie już w pierwszych sekundach skojarzyło mi się z Dolce Vitą, nie wydawał mi się bliźniakiem ale bliskim kuzynem na pewno, było to coś na kształt zaowocowanej i pozbawionej dopływu powietrza DV,  jednak po kilku minutach  podobieństwo niknie, a 1969 staje się jakby leciutko nieświeże i przywodzi na myśl utrudzone wysiłkiem ciało.  Gdy fala poimprezowego , owocowego tsunami przeminie, do głosu dochodzą  kardamon i goździk, z tym, że tego drugiego w ilości śladowej.  Wówczas cudem jakimś chyba skojarzył mi się z Safran Troublant, a przecież to taki grzeczny zapach;)
Kolejny etap, ten w którym baza staje się najbardziej wyczuwalna to już loteria, ponieważ jednego dnia jest i stanowi piękne erotyczne tło tego zapachu, a są dni , chłodniejsze- kiedy zapach przez cały trwania jest tylko i wyłącznie wariacją na temat owoców.  Także najlepiej nosi mi się go wówczas gdy jest ciepło. Tylko wtedy można o nim powiedzieć że jest zapachem cielesnym i zmysłowym. To jest jeden z zapachów w których paczula ani przez chwilę nie kojarzy się  z zatęchłą piwnicą i jest wyjątkowo przyjemna, a  w połączeniu z piżmem  i pozostałymi nutami bazy daje efekt kawiarnianego luzu z całkiem świeżej epoki;)
Chciałabym ugadnąć która nuta  w 1969 odpowiada za ten fizjologiczny akcent który się tutaj pojawia , pachnie kwaskowato i  cytrusowo, tworzy wymowny duet z piżmem a ostrzejszym akcentem jest tu kardamon.  Próbowałam analizować nuty i wyszło mi że takich połączeń jest kilka, a jeśli dołożyć do tego właściwości skóry osoby noszącej to ilość tych połączeń zapewne , to skomplikowane jest dla mnie  i trudne do ogarnięcia.
 Miałam  napisać też że właściwie od początku można zgadnąć że jest to zapach Histoires de Parfums, ale jeszcze zbyt mało zapachów tej marki przetestowałam aby móc napisać coś takiego.Jednak mają one jakiś wspólny mianownik, nie jest aż tak sugestywny jak w przypadku zapachów Lutensa, ale chyba jest.
Ponoć zapach ten nosi z wielką przyjemnością Angelina Jolie, siła sugestii czy może coś mi jednak umknęło ? ;)





Nuty zapachowe:
Nuta głowy: owoce letnie, brzoskwinia.
Nuta serca: róża, białe kwiaty, kardamon, goździk.
Nuta bazy: paczula, czekolada, kawa, białe piżmo
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...