Po doświadczeniach z pieprznym wariatem zwanym Piper Nigrum lekko się pieprznościami zniechęciłam. Toteż do Poivre podchodziłam jak pies do jeża, z ostrożną ciekawością ale raczej bez optymizmu. I dobrze właściwie, bo spotkała mnie całkiem przyjemna niespodzianka a Poivre przywrócił mi wiarę w to, że pieprzny zapach może być fajny.
Oczekiwałam otępiającej , piekącej chmury pieprzu, dławiącej w gardle, drapiącej w nos, wyciskającej łzy a dostałam przecudnej urody pieprzny obłok na gładkiej, kremowej bazie , podbitej chłodem czegoś lekko miętowego. Zapach ten nie trwa , on się unosi orzeźwia i pobudza, mam wrażenie że stoję na wietrze , a natężenie zapachu zależne jest od siły wiatru i jego kierunku, raz wieje chłodem , raz ciepłym pieprzem. W tle ale wcale nie z tyłu trzyma się kadzidło i zakurzona paczula, są chwilę kiedy mam wrażenie że pieprz chowa się gdzieś a przynajmniej daje się poddusić kadzidłu i Poivre przestaje być pieprzny w sposób oczywisty, ale jest wiatr przecież i nie trwa to cały czas.
A skoro już jestem przy czasie.... wraz z jego upływem ilość pieprzu w pieprzu maleje i to znacznie, wówczas objawiają się piękne nuty drewna, niby gładkie i suche, ale wyczuwam jednocześnie odrobinę aromatycznej żywicy, której nie zauważyłam w nutach i przekonana byłam, że to jeno wymysł mojej wyobraźni.
Wraz z drewnem przychodzi odrobina, dosłownie kropelka ciepłej, waniliowej słodyczy. Na tym etapie Poivre jest już łagodny jak mały pierzasty Cumulus.
Bardzo udany zapach , pełen kontrastów mimo wcale nie obfitego acz zacnego ingredientu. Wyciągnęłam sobie wniosek... że czasem, a nawet bardzo często- mniej znaczy lepiej. Takoż i tutaj.
Nuty: pieprz, kadzidło, paczula, labdanum, sandałowiec, gwajak , styraks, wanilia
15.09.2011
8.09.2011
Olivier Durbano, Pink Quartz
Przedostatnie z siedmiu "kamiennych dzieci" Oliviera Durbano w pierwszych chwilach pachnie mi różą spod płota , taką pełną lekko wywiniętych płatków i drobniutkich igiełek gęsto usianych na giętkich delikatnych łodyżkach i wydaje się, że nic więcej nie czuć. Długą chwilę potem zapach się wyostrza i mimo swej delikatności właściwie poraża świdrującym zapchem imbiru i goryczką różowego grejpfruta. I już na tym etapie moja euforia maleje, ponieważ zapach staje się metaliczny i chłodny, pozostając jednocześnie słodkim wiechciem różaności wszelakich. Ze względu na zimno jakie bije od tego zapachu i chyba.. .połączeniem róż z olibanum wyobrażać sobie można, że róża w Pink Quartz jest sztywna, twarda i ciemna, tymczasem pachnie właśnie tak jak różowy półdziki krzew różany, doprawiony nieco, aby podkręcić trochę zapach i dodać mu drapieżności, sprawić aby pink nie kojarzyło się ze słodką wyrośniętą lalcią w pluszowej różowej oczywiście kurteczce, różowych spodniach i z lizakiem w dłoni.No dobra, może nieco przesadziłam... ale to dlatego że zła jestem na Pink Quartz, że róża znowu się biesi i że znów mam odczucie takie samo jak przy dotykaniu zębami metalu ( znacie to uczucie? )
Jasne, że nie dla lalci Pink Quartz, jasne że Quartz... ale mimo przyjaznej optymistycznej barwy jakiś on mało przyjemny i taki... no niemiłosny zupełnie.
Ani on nie jest uwodzicielski , ani seksowny... nie czuję ni grama kadzidła, odrobina mirry i benzoes, troszkę ambry na otarcie łez, a poza tym-róża , róża to za mało jak dla mnie, albo wręcz przeciwnie. W moim odczuciu więcej miłości jest w pachnącym groszku niźli w całej plantacji róż różnej narodowości, z beką absolutu różanego na dokładkę.
Nie uważam natomiast, że nie jest zapachem ładnym- bo jest, ale nie dla mnie niestety.
To taki pachnący uszlachetniacz ludzkiej duszy ( z wyłączeniem mojej ;] ) i wierzę w jego urodę na kimś innym- to na mnie róża się tak paskudzi, bez względu na towarzystwo, tak myślę, no bo jeśli nie to Durbano zawsze kochał ... platonicznie ;)
A może tak właśnie ma być...
Nuty:
głowy: bergamotka, różowy grapefruit, somalijskie kadzidło (olibanum), szafran, imbir
serca: palma róża, róża damasceńska, indyjskie drzewo różane
bazy: absolut z róży indyjskiej, szara ambra, paczuli, mirra, benzoes, białe piżmo
2.09.2011
Penhaligon's, Artemisia
Artemisia jest jednym z tych zapachów które kwalifikuję sobie do typowo kobiecych i pobudzających zmysły, próżno szukać w nim czegokolwiek ponad to czym pachnie i gdyby nie fakt, że różni się od innych kobiecych oblegających drogeriane półki trudno byłoby również powiedzieć o Artemisii że jest zapachem niszowym.
A jednak jest oryginalna, i mimo powtarzalności kombinacji nut jakie zawiera, wyróżnia się znacznie i nie wionie banałem.
Nazwałabym Artemisie zapachem buduarowym, pachnie bowiem jak kobieta ukąpana ekskluzywnym mydłem , w lnianej krochmalonej, schnącej na powietrzu pościeli. Na dębowej toaletce owej kobiety pyszni się wielki bieluteńki puszek , utytłany co nieco pudrem Yardley a obok stoi wielki wiecheć bogatego w kwiecie jaśminu, zapachy przenikają się, bukiet jaśminu znika a na jego miejscu staje niepozorny bukiecik fiołków, albo nie-stoją obydwa, albo nie- cały pokój zastawiony jest wazonami. W pięciu jest jaśmin, w kolejnych pięciu fiołki a w trzech ostatnich-konwalie.Nie ma już miejsca, zostało tylko 10x10 cm wolnej powierzchni na komodzie i tam stoi filiżanka herbaty, oczywiście jaśminowej;)
Obfitości jaśminu w Artemisii nie należy się jednak bać, nie ma ona mocy duszenia na poziomie Aliena T. Muglera, da się wyżyć i nawet przyjemne jest to życie w towarzystwie Artemisii, jest bowiem ta obfitość znacznie przygaszona sporą ilością pudru a dodatek zieleni dodaje mu lekkości.
Zapach nie siedzi na ciele a unosi się gdzieś dookoła , tworząc transparentny woal , stateczny i spokojny, bez porywów , bez zwrotów akcji, bez niespodzianek. Taki słodki puchaty "piżmak". Ciało ubrane w Artemisię sprawia wrażenie wyjątkowo gorącego, albo.... jest autentycznie gorące...
To raczej zapach klasyczny, odważę się nawet stwierdzić że odrobinę niewspółczesny, ale prawdę powiedziawszy to mi się nawet w nim podoba ;)
Nuty:
głowy: nektarynka, zielone listowie
serca: zielone jabłko, konwalia,herbata jaśminowa, fiołki
bazy: mech dębowy, drzewo sandałowe, piżmo, ambra, wanilia
A jednak jest oryginalna, i mimo powtarzalności kombinacji nut jakie zawiera, wyróżnia się znacznie i nie wionie banałem.
Nazwałabym Artemisie zapachem buduarowym, pachnie bowiem jak kobieta ukąpana ekskluzywnym mydłem , w lnianej krochmalonej, schnącej na powietrzu pościeli. Na dębowej toaletce owej kobiety pyszni się wielki bieluteńki puszek , utytłany co nieco pudrem Yardley a obok stoi wielki wiecheć bogatego w kwiecie jaśminu, zapachy przenikają się, bukiet jaśminu znika a na jego miejscu staje niepozorny bukiecik fiołków, albo nie-stoją obydwa, albo nie- cały pokój zastawiony jest wazonami. W pięciu jest jaśmin, w kolejnych pięciu fiołki a w trzech ostatnich-konwalie.Nie ma już miejsca, zostało tylko 10x10 cm wolnej powierzchni na komodzie i tam stoi filiżanka herbaty, oczywiście jaśminowej;)
Obfitości jaśminu w Artemisii nie należy się jednak bać, nie ma ona mocy duszenia na poziomie Aliena T. Muglera, da się wyżyć i nawet przyjemne jest to życie w towarzystwie Artemisii, jest bowiem ta obfitość znacznie przygaszona sporą ilością pudru a dodatek zieleni dodaje mu lekkości.
Zapach nie siedzi na ciele a unosi się gdzieś dookoła , tworząc transparentny woal , stateczny i spokojny, bez porywów , bez zwrotów akcji, bez niespodzianek. Taki słodki puchaty "piżmak". Ciało ubrane w Artemisię sprawia wrażenie wyjątkowo gorącego, albo.... jest autentycznie gorące...
To raczej zapach klasyczny, odważę się nawet stwierdzić że odrobinę niewspółczesny, ale prawdę powiedziawszy to mi się nawet w nim podoba ;)
Nuty:
głowy: nektarynka, zielone listowie
serca: zielone jabłko, konwalia,herbata jaśminowa, fiołki
bazy: mech dębowy, drzewo sandałowe, piżmo, ambra, wanilia
23.08.2011
Sonoma Scent Studio, Incense Pure
Muszę zacząć od tego że Incense Pure jest dla mnie bliźniakiem L'eau Trois Diptyque, gdybym była wielką fanką L'eau Trois to skakałabym z radości, uradowana faktem że mam zastępstwo , i to nie byle jakie. Ale mnie L'Eau Trois się tylko podoba, więc tylko ucieszę się oszczędnie i przejdę do rzeczy...
Jejciu, jejciu , jakiż piękny las widzę oczyma wyobraźni, w żywicę bogaty, ciemny i mroczny, stopą ludzką nieskalany, naturalne odpady drzewne butwieją sobie spokojnie , porastając mchem , próchniejąc zgodnie z rytmem przyrody, to schnąc to moknąc, gdzieniegdzie porastając grzybnią , pleśnią zwyczajną , z potężnych szerokich pni ucieka gdzieniegdzie żywica , zastygłszy gdzieś w połowie drogi ku ziemi, ku mchom i skrzypom...
Zaiste ciężki to kaliber , ale czyż nie piękniejszy wymuskany lśniący wkm niż mała, nędzna beretta ? ;)
Od początku zapach jest intensywnie gorzki, cierpki, gryzący i wcale z upływem czasu nie łagodnieje, to ja przyzwyczajam się do niego, tak jak szybko można się przyzwyczaić do gorzkiej herbaty- wiem, że jest gorzka, ale zupełnie tego nie czuję.
Obecność mirry i paczuli kieruje moje myśli z lasu do starego drewnianego kościoła, ze starymi trzeszczącymi ławkami, zimną starą posadzką i ze starym księdzem, bo mirra choć miła i przyjemna dla nosa, wciąż kojarzy mi się z kościołem, nie rozumiem tego, no nie rozumiem :/ No a paczula to paczula, mało kiedy zdarza mi się aby nie waniała piwnicą, i niespecjalnie mi to w życiu przeszkadza, powoduje za to nieustające uczucie chłodu i budzi trudny do określenia dystans- w odpowiednim towarzystwie oczywiście;)
Wszystko dobra w Incense Pure , choć obfite , są jedynie dodatkiem do kadzidlanego clou, które jest wyjątkowo mocarne i nie daje się zepchnąć w kąt . Warty testów zapach -jak wszystkie inne poznane przeze mnie do tej pory dzieła Laurie Erickson.
Nuty:
kadzidło frankońskie, mirra, absolut labdanum, czystek, absolut mchu dębowego, indyjska paczula, sandałowiec, cedr, ambra, irys, absolut korzenia arcydzięgla, elemi, absolut wanilii.
zdjęcie ze strony : fragrantica.com
Jejciu, jejciu , jakiż piękny las widzę oczyma wyobraźni, w żywicę bogaty, ciemny i mroczny, stopą ludzką nieskalany, naturalne odpady drzewne butwieją sobie spokojnie , porastając mchem , próchniejąc zgodnie z rytmem przyrody, to schnąc to moknąc, gdzieniegdzie porastając grzybnią , pleśnią zwyczajną , z potężnych szerokich pni ucieka gdzieniegdzie żywica , zastygłszy gdzieś w połowie drogi ku ziemi, ku mchom i skrzypom...
Zaiste ciężki to kaliber , ale czyż nie piękniejszy wymuskany lśniący wkm niż mała, nędzna beretta ? ;)
Od początku zapach jest intensywnie gorzki, cierpki, gryzący i wcale z upływem czasu nie łagodnieje, to ja przyzwyczajam się do niego, tak jak szybko można się przyzwyczaić do gorzkiej herbaty- wiem, że jest gorzka, ale zupełnie tego nie czuję.
Obecność mirry i paczuli kieruje moje myśli z lasu do starego drewnianego kościoła, ze starymi trzeszczącymi ławkami, zimną starą posadzką i ze starym księdzem, bo mirra choć miła i przyjemna dla nosa, wciąż kojarzy mi się z kościołem, nie rozumiem tego, no nie rozumiem :/ No a paczula to paczula, mało kiedy zdarza mi się aby nie waniała piwnicą, i niespecjalnie mi to w życiu przeszkadza, powoduje za to nieustające uczucie chłodu i budzi trudny do określenia dystans- w odpowiednim towarzystwie oczywiście;)
Wszystko dobra w Incense Pure , choć obfite , są jedynie dodatkiem do kadzidlanego clou, które jest wyjątkowo mocarne i nie daje się zepchnąć w kąt . Warty testów zapach -jak wszystkie inne poznane przeze mnie do tej pory dzieła Laurie Erickson.
Nuty:
kadzidło frankońskie, mirra, absolut labdanum, czystek, absolut mchu dębowego, indyjska paczula, sandałowiec, cedr, ambra, irys, absolut korzenia arcydzięgla, elemi, absolut wanilii.
zdjęcie ze strony : fragrantica.com
22.08.2011
Pro Fvmvm Roma , Battito D'Ali
Twórcy zapachu pytają , czy słyszeliśmy trzepot anielskich skrzydeł? To sugestia pewnie... że niby anioły pachną świętą mirrą kwiatem pomarańczy, a niech tam... jeśli ktoś wierzy w anioły... ze skrzydłami, aureolą i tym wszystkim...
Dla mnie Battito D'Ali jest średnio anielski , ale może spowodowane jest całkowitym "wypraniem"... I o ile jestem w stanie wyobrazić sobie różne często absolutnie nierzeczywiste, dziwne rzeczy miejsca i sytuacje a tyle z absolutnym realizmem ogarniam to co ma być boskie, mogę sobie wyimaginować oczywiście, czemu by nie...ale mam całkiem inną wizję zapachu anioła, a jeśli już trzepot skrzydeł to bardziej papuzich ,ot takiej afrykanki ognistobrzuchej na przykład;)
Może chodzi o tę lekkość jaką w wyobrażeniu ma anioł, i znów mam kłopot bo anioł nie może machać skrzydłami, niech je sobie ma, bez nich wyglądałby na upośledzonego ale żeby machać i trzepotać ? A co on, ten anioł... kura? gęś dzika? Niech się unosi, nich sobie będzie ale niech nie macha, no jakże to? Toż to musi pachnieć wiatrem, a ja za wiatrem nie przepadam....
Na temat tego zapachu trudno się rozpisać, pachnie bowiem tym, co ma w nutach i tyle. Dodałabym że kwiat pomarańczy jest musujący , pieni się i syczy . Zapach nie układa się na ciele przez długi czas, tylko w duecie z mirrą wibruje i kręci młynki, unosi się i opada, nasila i słabnie, pozostając cały czas niewyobrażalnie lekką ,aż dziw że żywica może być tak subtelna, łagodna i po odrobince wręcz miarkowana.
Wrażenie mam, że po paru godzinach ląduje spokojnie na ciele i migocze leciutko ujawniając odrobinę ciepłej wanilii a mirra dalej kręci w nosie.
Battito D'Ali nie zmienia się w jakiś zauważalny sposób, właściwie od początku do końca zapach pozostaje taki sam, z czasem tylko anioły przestają machać skrzydłami ;))
Nuty: kakao, mirra, kwiat pomarańczy, wanilia .
Dla mnie Battito D'Ali jest średnio anielski , ale może spowodowane jest całkowitym "wypraniem"... I o ile jestem w stanie wyobrazić sobie różne często absolutnie nierzeczywiste, dziwne rzeczy miejsca i sytuacje a tyle z absolutnym realizmem ogarniam to co ma być boskie, mogę sobie wyimaginować oczywiście, czemu by nie...ale mam całkiem inną wizję zapachu anioła, a jeśli już trzepot skrzydeł to bardziej papuzich ,ot takiej afrykanki ognistobrzuchej na przykład;)
Może chodzi o tę lekkość jaką w wyobrażeniu ma anioł, i znów mam kłopot bo anioł nie może machać skrzydłami, niech je sobie ma, bez nich wyglądałby na upośledzonego ale żeby machać i trzepotać ? A co on, ten anioł... kura? gęś dzika? Niech się unosi, nich sobie będzie ale niech nie macha, no jakże to? Toż to musi pachnieć wiatrem, a ja za wiatrem nie przepadam....
Na temat tego zapachu trudno się rozpisać, pachnie bowiem tym, co ma w nutach i tyle. Dodałabym że kwiat pomarańczy jest musujący , pieni się i syczy . Zapach nie układa się na ciele przez długi czas, tylko w duecie z mirrą wibruje i kręci młynki, unosi się i opada, nasila i słabnie, pozostając cały czas niewyobrażalnie lekką ,aż dziw że żywica może być tak subtelna, łagodna i po odrobince wręcz miarkowana.
Wrażenie mam, że po paru godzinach ląduje spokojnie na ciele i migocze leciutko ujawniając odrobinę ciepłej wanilii a mirra dalej kręci w nosie.
Battito D'Ali nie zmienia się w jakiś zauważalny sposób, właściwie od początku do końca zapach pozostaje taki sam, z czasem tylko anioły przestają machać skrzydłami ;))
Nuty: kakao, mirra, kwiat pomarańczy, wanilia .
12.08.2011
Penhaligon's, Amaranthine
Ponieważ jest to pierwszy zapach Penhaligon's o jakim piszę na blogu, wspomnę na wstępie, że flaszka Penhaligon's była jedną z pierwszych niszowych jakie miałam, od kliku lat jestem niezmiennie zauroczona tymi fikuśnymi buteleczkami , a zapachy mimo, że nie mam jakiegoś szczególnie uwielbianego-miło się testuje :)
Pierwsze chwile z Amaranthine to głównie jaśmin, słabo rozwinięte zielonkawo-kremowe pąki mokre od porannej rosy, i właściwie chłodne w odbiorze.
Imaginuję sobie chłodny letni poranek i czekam na ocieplenie.Przychodzi ono dosyć szybko, niedługo później czuję, że zapach jaśminu potęguje się, i mam wrażenie że siedzę z nosem w solidnych gabarytów krzaku, oblepionym dosłownie tym wonnym białym kwieciem. Objawia mi się również cieniutka smużka kolendry i dwa smętne goździki, ot , taka nadzieja , że nie będzie tylko słodko, zanurzam sie w krzaku ponownie i tym razem po nosie smyra mnie szorstka bananowa skórka, można powiedzieć, że nie tylkow kfc-jest dobrze;]
A z nadzieją to wiecie-różnie bywa, można mieć lub nie i tak czy tak być zaskoczonym.
Ale ja, człowiek z natury nastawiony na "nie", bo wolę być mile zaskoczona , niż niemile rozczarowana, byłam przygotowana na to, że jednak słodziasznie będzie do końca.
No i jest , wprawdzie bogactwo kwiecia jest tutaj zróżnicowane i nie jednostajne w jednej chwili bowiem Amaranthine wydaje się pachnieć białymi dusznymi kwiatami, w drugiej ciemnieje zapachem róży, mieni się frezją, mętnieje słodkim mlekiem, ale w zasadzie pozostaje kwiatowym bukietem do końca, na którym ów bukiet przycupnął sobie na sympatycznej słodkiej piżmowej bazie, z której nie wyjrzała ani na chwilę sympatyczna fasolka tonka. W finale-finału czuję w Amaranthine moją ulubioną herbatę jaśminową.Słowo daję :))
Ponoć jest to jeden z najśmielszych zapachów Penhaligon's - ze wskazaniem do stosowania w łóżku w chwilach najbardziej intymnych....hm.... jeśli tak, to chyba w oczekiwaniu na wizytę lekarza, to w pewnym sensie też jest intymne ....
Nuty zapachowe:
nuta głowy: frezja, liść bananowca, kolendra, kardamon
nuta serca: egipski jaśmin, ylang - ylang, goździk, kwiat pomarańczy, goździki, róża
nuta bazy: piżmo, drzewo sandałowe, herbata, piżmo, tonka, wanilia, skondensowane mleko
Pierwsze chwile z Amaranthine to głównie jaśmin, słabo rozwinięte zielonkawo-kremowe pąki mokre od porannej rosy, i właściwie chłodne w odbiorze.
Imaginuję sobie chłodny letni poranek i czekam na ocieplenie.Przychodzi ono dosyć szybko, niedługo później czuję, że zapach jaśminu potęguje się, i mam wrażenie że siedzę z nosem w solidnych gabarytów krzaku, oblepionym dosłownie tym wonnym białym kwieciem. Objawia mi się również cieniutka smużka kolendry i dwa smętne goździki, ot , taka nadzieja , że nie będzie tylko słodko, zanurzam sie w krzaku ponownie i tym razem po nosie smyra mnie szorstka bananowa skórka, można powiedzieć, że nie tylkow kfc-jest dobrze;]A z nadzieją to wiecie-różnie bywa, można mieć lub nie i tak czy tak być zaskoczonym.
Ale ja, człowiek z natury nastawiony na "nie", bo wolę być mile zaskoczona , niż niemile rozczarowana, byłam przygotowana na to, że jednak słodziasznie będzie do końca.
No i jest , wprawdzie bogactwo kwiecia jest tutaj zróżnicowane i nie jednostajne w jednej chwili bowiem Amaranthine wydaje się pachnieć białymi dusznymi kwiatami, w drugiej ciemnieje zapachem róży, mieni się frezją, mętnieje słodkim mlekiem, ale w zasadzie pozostaje kwiatowym bukietem do końca, na którym ów bukiet przycupnął sobie na sympatycznej słodkiej piżmowej bazie, z której nie wyjrzała ani na chwilę sympatyczna fasolka tonka. W finale-finału czuję w Amaranthine moją ulubioną herbatę jaśminową.Słowo daję :))
Ponoć jest to jeden z najśmielszych zapachów Penhaligon's - ze wskazaniem do stosowania w łóżku w chwilach najbardziej intymnych....hm.... jeśli tak, to chyba w oczekiwaniu na wizytę lekarza, to w pewnym sensie też jest intymne ....
Nuty zapachowe:
nuta głowy: frezja, liść bananowca, kolendra, kardamon
nuta serca: egipski jaśmin, ylang - ylang, goździk, kwiat pomarańczy, goździki, róża
nuta bazy: piżmo, drzewo sandałowe, herbata, piżmo, tonka, wanilia, skondensowane mleko
10.08.2011
Sarrah Jessica Parker, Covet
Nie wiem co prawda ile Sarrah miała udziału w tworzeniu Covet , ale takoż stoi na butli, no to niechaj będzie.
Czemu piszę o Covet a nie na przykład o Lovely albo Lovely Collection ( swoją drogą również ciekawym trio) Ano po kilku testach doszłam do wniosku, że jest to ewenement wśród "perfum gwiazd" a nawet można powiedzieć - oryginał. Nie zalatuje bowiem banałem, nie jest klonem niczego innego i co najciekawsze na nic jakiekolwiek skojarzenia z Parker, a już na pewno nie można się po Covet spodziewać, że tworzy zapachowe odzienie dla odtwarzanej przez Nią roli Carrie Bradshaw.
Początek to głównie geranium i odrobina cytryny, przy czym nie odważę się napisać że jest on cytrusowy, to tylko odrobina lekkości i figlarny świder pośród obfitości ziół wszelakich, podeschłych znacznie i trzeszczących w garści. Wrażenie mam że im więcej ścisnę te suche witki tym więcej nasion się osypie i tym silniejszy będzie zapach, ale ponieważ to tylko moje wyobrażenie, to intensywność niestety się nie zmienia, no chyba, że w drugą stronę ;)
Pośród tych zielonych jest i suchutka wonna lawenda, ze smutnym już przywiędłym kwieciem, schła ona w niezwykle sprzyjających warunkach, na słońcu ( no nie w Polsce oczywiście ;] )i nie zaznawszy suszarni w Covet sie znalazła...
W towarzystwie tej obfitości zielarsko-aptecznej znalazła się również czekolada stworzywszy niezwykle oryginalny dodatek do tej kompozycji.
To jest moment gdy Covet pachnie mi którąś z czekolad, może Cote D'or... ciemna z nadzieniem cytrynowo-imbirowym....
Nie jest tej czekolady na tyle aby móc powiedzieć że zapach jest słodki, czekoladowa woń splata się z zapachem lawendy i ziół, mam wrażenie że wonie wzajemnie próbują się pożreć,toteż cały czas jest niespokojnie i intrygująco. W finale też jest ciekawie, czuję delikatny zapach drewna, odrobinę piżma i leciutką gorycz wetiweru.
Do końca sprawia wrażenie nieco szorstkiego... podoba mi się :)
Nuty:
głowy: geranium , cytryna, czekolada, lawenda
serca: magnolia, konwalia, wiciokrzew
bazy: piżmo, ambra, drewno tekowe, wetiwer, drewno kaszmirowe
Czemu piszę o Covet a nie na przykład o Lovely albo Lovely Collection ( swoją drogą również ciekawym trio) Ano po kilku testach doszłam do wniosku, że jest to ewenement wśród "perfum gwiazd" a nawet można powiedzieć - oryginał. Nie zalatuje bowiem banałem, nie jest klonem niczego innego i co najciekawsze na nic jakiekolwiek skojarzenia z Parker, a już na pewno nie można się po Covet spodziewać, że tworzy zapachowe odzienie dla odtwarzanej przez Nią roli Carrie Bradshaw.
Początek to głównie geranium i odrobina cytryny, przy czym nie odważę się napisać że jest on cytrusowy, to tylko odrobina lekkości i figlarny świder pośród obfitości ziół wszelakich, podeschłych znacznie i trzeszczących w garści. Wrażenie mam że im więcej ścisnę te suche witki tym więcej nasion się osypie i tym silniejszy będzie zapach, ale ponieważ to tylko moje wyobrażenie, to intensywność niestety się nie zmienia, no chyba, że w drugą stronę ;)
Pośród tych zielonych jest i suchutka wonna lawenda, ze smutnym już przywiędłym kwieciem, schła ona w niezwykle sprzyjających warunkach, na słońcu ( no nie w Polsce oczywiście ;] )i nie zaznawszy suszarni w Covet sie znalazła...
W towarzystwie tej obfitości zielarsko-aptecznej znalazła się również czekolada stworzywszy niezwykle oryginalny dodatek do tej kompozycji.
To jest moment gdy Covet pachnie mi którąś z czekolad, może Cote D'or... ciemna z nadzieniem cytrynowo-imbirowym....
Nie jest tej czekolady na tyle aby móc powiedzieć że zapach jest słodki, czekoladowa woń splata się z zapachem lawendy i ziół, mam wrażenie że wonie wzajemnie próbują się pożreć,toteż cały czas jest niespokojnie i intrygująco. W finale też jest ciekawie, czuję delikatny zapach drewna, odrobinę piżma i leciutką gorycz wetiweru.
Do końca sprawia wrażenie nieco szorstkiego... podoba mi się :)
Nuty:
głowy: geranium , cytryna, czekolada, lawenda
serca: magnolia, konwalia, wiciokrzew
bazy: piżmo, ambra, drewno tekowe, wetiwer, drewno kaszmirowe
9.08.2011
Escada, Magnetism
Post właściwie sentymentalny...
Magnetism jest jednym z nielicznych naprawdę słodkich zapachów który darzę wielką sympatią niezmiennie od ośmiu lat. Zauroczenie zaczęło się od brytyjskiego Elle w którym to zlokalizowałam reklamę i pachnącą zakładkę. Śmieszna sytuacja , bo chwilę po tym jak poznałam ten zapach w Domach Kupieckich przy jednym ze stoisk zaczepiła mnie kobieta i zaproponowała "perfum" psikając mi niemalże po oczach czymś co miało być Escadą Magnetism właśnie. Podróbki tej oczywiście nie kupiłam, ale pomyślałam wówczas ze przeznaczeniem mym musi być posiadanie tych perfum, to znaczy tej wody perfumowanej ;)
No i udałam się do Galerii Centrum po pierwszą flaszkę Magnetismu.
I o ile zachwyty rozlicznymi zapachami napływają i odchodzą o tyle Escada zachwyca mnie nieustająco, co z kolei mnie nieustająco zadziwia.
Na dosyć klasycznej (albo i nie ) bazie , powstał niezwykłe przyjemny słodki , orientalny zapachowy bukiet.
Powstrzymam się od szumnych często nadużywanych sformułowań , które gdybym się nie powstrzymała mogłyby wyjaśnić co też ten magnetyczny bądź co bądź ulepek potrafi i ;)
Niech więc określa go tylko i wyłącznie magnetyczny ;)
Teraz do rzeczy, aby nikogo nie zdążyć znudzić;)
Otwarcie jest równie owocowe jak i zielono-przyprawowe za sprawą liści, bazylii i tymianku, owoc porzeczki jest mocno dojrzały i zgrabnie przeplata się z aromatem frezji, po czym w niej niknie. Z nut serca najbardziej wyczuwam magnolię i heliotrop, róża i jaśmin są dla nich tylko bledszym tłem, nie wybijając się ani na chwilę do pierwszego rzędu, a tworząc doskonałą słodką kompozycję doprawioną intensywną wonią przypraw, co niewątpliwie dodaje zapachowi uroku i moim zdaniem sprawia, że Magnetism wyróżnia się na tle innych zapachów Escady.
Ale i tak wszystko to byłoby niczym gdyby nie bogactwo nut bazowych, niby znajomych, a jednak tworzących doskonały fundament , na którym wyrosło coś niezwykłego.
Piżmo, ambra, wanilia, irys , karmel - gigantyczna porcja słodkiego ciepła, słodka miękkość, zmysłowa, odurzająca pieszczota zarówno dla ciała jak i dla ducha. Paczula, wetiwer i drzewo sandałowe , żeby nie zemdliło od nadmiaru słodyczy, a także żeby było nieco bardziej charakternie. I dla mnie jest, oj jest.......
Mnie Magnetism ubiera, dosłownie. Czuję się jakbym miała na sobie jedwabną sukienkę z najdroższego jedwabiu, albo mięciutki sweterek z kaszmiru.
Nuty zapachowe:
nuta głowy: ananas, czarna porzeczka, frezja, bazylia, tymianek, zielone liście
nuta serca: róża, magnolia, jaśmin, heliotrop
nuta bazy: drzewo sandałowe, paczuli, piżmo, wanilia, ambra, wetiwer, irys, karmel, kokos
Magnetism jest jednym z nielicznych naprawdę słodkich zapachów który darzę wielką sympatią niezmiennie od ośmiu lat. Zauroczenie zaczęło się od brytyjskiego Elle w którym to zlokalizowałam reklamę i pachnącą zakładkę. Śmieszna sytuacja , bo chwilę po tym jak poznałam ten zapach w Domach Kupieckich przy jednym ze stoisk zaczepiła mnie kobieta i zaproponowała "perfum" psikając mi niemalże po oczach czymś co miało być Escadą Magnetism właśnie. Podróbki tej oczywiście nie kupiłam, ale pomyślałam wówczas ze przeznaczeniem mym musi być posiadanie tych perfum, to znaczy tej wody perfumowanej ;)
No i udałam się do Galerii Centrum po pierwszą flaszkę Magnetismu.
I o ile zachwyty rozlicznymi zapachami napływają i odchodzą o tyle Escada zachwyca mnie nieustająco, co z kolei mnie nieustająco zadziwia.
Na dosyć klasycznej (albo i nie ) bazie , powstał niezwykłe przyjemny słodki , orientalny zapachowy bukiet.
Powstrzymam się od szumnych często nadużywanych sformułowań , które gdybym się nie powstrzymała mogłyby wyjaśnić co też ten magnetyczny bądź co bądź ulepek potrafi i ;)
Niech więc określa go tylko i wyłącznie magnetyczny ;)
Teraz do rzeczy, aby nikogo nie zdążyć znudzić;)
Otwarcie jest równie owocowe jak i zielono-przyprawowe za sprawą liści, bazylii i tymianku, owoc porzeczki jest mocno dojrzały i zgrabnie przeplata się z aromatem frezji, po czym w niej niknie. Z nut serca najbardziej wyczuwam magnolię i heliotrop, róża i jaśmin są dla nich tylko bledszym tłem, nie wybijając się ani na chwilę do pierwszego rzędu, a tworząc doskonałą słodką kompozycję doprawioną intensywną wonią przypraw, co niewątpliwie dodaje zapachowi uroku i moim zdaniem sprawia, że Magnetism wyróżnia się na tle innych zapachów Escady.
Ale i tak wszystko to byłoby niczym gdyby nie bogactwo nut bazowych, niby znajomych, a jednak tworzących doskonały fundament , na którym wyrosło coś niezwykłego.
Piżmo, ambra, wanilia, irys , karmel - gigantyczna porcja słodkiego ciepła, słodka miękkość, zmysłowa, odurzająca pieszczota zarówno dla ciała jak i dla ducha. Paczula, wetiwer i drzewo sandałowe , żeby nie zemdliło od nadmiaru słodyczy, a także żeby było nieco bardziej charakternie. I dla mnie jest, oj jest.......
Mnie Magnetism ubiera, dosłownie. Czuję się jakbym miała na sobie jedwabną sukienkę z najdroższego jedwabiu, albo mięciutki sweterek z kaszmiru.
Nuty zapachowe:
nuta głowy: ananas, czarna porzeczka, frezja, bazylia, tymianek, zielone liście
nuta serca: róża, magnolia, jaśmin, heliotrop
nuta bazy: drzewo sandałowe, paczuli, piżmo, wanilia, ambra, wetiwer, irys, karmel, kokos
Subskrybuj:
Posty (Atom)








