8.03.2015

Black, Comme des Garcons




Black, Black, Black.... właściwie wystarczyłoby napisać "Comme des Garcons" i już z grubsza wiadomo czego można się  spodziewać. Daruję sobie gadkę o powrocie marki  do korzeni i  o symbolice, wystarczy napisać, że nie da się powąchawszy Black w ciemno wskazać coś innego niż Comme des Garcons. Nie wszystkie produkty CdG są tak bardzo oczywiste ale nawet w tych z mniejszą ilością mojego ulubionego "cukru w cukrze" można wyczuć  to charakterystyczne coś. Mają takie "coś' między innymi zapachy Lutensa, Sonoma Scent Studio, L'Artisan Perfumeur ale i wiele innych. Co nie oznacza, że każdy kolejny powstały zapach można nazwać nic nie wartą wtórną popłuczyną po poprzedniku. 
Za to można tak powiedzieć o tych, który wydawałoby się za każdym razem tworzą coś nowego, innego, kolejnego...do niczego ;)
Black  w pierwszych chwilach jawi się ogromniastą chmurą przecudnej urody kadzidła ( przecudnej - o ile lubi się kadzidło oczywiście) i nie mniejszą pieprzu. Określenie "stracić głowę" nabiera nowego znaczenia a nawet rozpędu  w przypadku tego zapachu, składniki zawarte w tak zwanych nutach głowy robią zamieszanie po czym po pieprzu zostaje ledwo ślad, nielichy ale biorąc pod uwagę ile było go w pierwszych chwilach... bida. Ale nie ma żalu, dalej jest pięknie. W jednej chwili jest tylko czarny i smolisty, w kolejnej skórzany i lekko gorzki co zawsze imaginuję sobie jako cierpką zieleń, co właściwie w Black jest uzasadnione ze względu na obecność cedru i wetiweru w bazie.
 Doczytałam jednak trochę na temat  jednej z nut obecnych w Black, mianowicie tajemniczo brzmiąca "pepperwood", roślina lub drzewo-nawet fragrantica nie ma pewności ;).
W sumie dla nas to nie ma wielkiego znaczenia, ale to może być to co poczułam jako cierpką zieleń. Nie ma tego wiele, niemniej wprowadza trochę niepokoju. Początkowo bałam się żeby nie zabiła kadzidła, żeby zapach nie ewoluował w jakieś wetiwerowo zielone coś, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Black do końca zostaje  pięknym kadzidlano-drzewno-przyprawowym  zapachem . Testowałam go również na skórze innej niż moja i objawił się sporą ilością słodyczy, na mojej to jest tylko maleńka odrobinka,  dobre parę godzin po użyciu ( a już miałam naklikane " po aplikacji" ale skojarzyło mi się to z zapuszczaniem kropli do nosa, lub z czyms jeszcze mniej...ładnym ). Aż pożałowałam, że taka ta moja skóra niełaskawa dla perfum.
 Rzeczywiście pachnie czernią, jest jednocześnie kojąco ciepły a z drugiej daje mocnego kopa energii.
To jest zapach w którym każdy  odnajdzie jakieś swoje wspomnienie, z przeszłości, z dzieciństwa. Jestem pewna.
Ja wielbię bezwarunkowo i od wielu miesięcy tkwię z zachwycie, czego i Wam życzę :).


Nuty: kadzidło z Somalii, czarny pieprz, skóra, dziegieć( żywica brzozowa), lukrecja, pepperwood, wetiwer, cedr

zdj: własne, osobiste



8.02.2015

Al Rehab, Choco Musk




Tak trochę z rozpędu skrobnę dzisiaj o moim malutkim słodkim odkryciu.  Jest nim Choco Musk  marki Al Rehab o której wspomniałam w poprzednim poście. Mam wersję w olejku w niewielkiej buteleczce typu roll on. Tutaj tak jak w przypadku perfum w kostce problemem dla mnie jest to że nie ma jak zaaplikować ich sobie na szalik, ale zniosę to, zapach jest bowiem tak pyszny, że jestem w stanie zadowolić się jedynie aplikacją na skórę. Zapach jest prosty. Ogromna ilość kakao, słodka wanilia i puchate piżmo, dzięki któremu  można się powstrzymać przed wgryzieniem się we własny nadgarstek.  Początkowo bardzo przypomina Chocolate Greedy, który jednak do końca pozostaje czekoladowym wafelkiem, tymczasem  Choco Musk powoli staje się Musk Choco. Moim zdaniem absolutnie mieści się w kategorii zapachów jadalnych co według mnie jest jego wielką zaletą. Jest wystarczająco dużo arabskich zapachów, które nie pachną smakowicie, choć ładnie. Z moich niezbyt uważnych obserwacji wynikło że najwięcej jest takich z różą i oudem ;).
Niech więc sobie będzie Choco Musk w niewielkiej grupie zapachów, które choć nie kojarzą się z zapachem perfum to są świetne i przyjemnie jest nimi pachnieć.
 Jakiś czas temu weszłam do zaprzyjaźnionego sklepiku  w którym ( muszę o tym wspomnieć) zaopatruję się w ogromne ilości jaj od szczęśliwych kur, jeszcze się dobrze nie rozgościłam a właściciel zagaił : "och jakieś dobre ciasto chyba pani kupiła, ale pięknie pachnie!" Odpowiedziałam, że to perfumy, nie chciał uwierzyć. To były właśnie Chocolate Greedy, swoją drogą - nie istnieją kupne ciasta, które by tak pachniały. Samodzielnie upieczenie daje szansę na uzyskanie tak obłędnego zapachu.
Fajna rzecz taki olejek, buteleczka niewielka bo zaledwie 6 ml, ale to roll on więc nie ma mowy o niekontrolowanym rozpylaniu, co często mi się zdarza ;). Olejek nie zawiera alkoholu,  nie zostawia tłustej warstwy i nie brudzi. Taka buteleczka to dobry pomysł aby sprawdzić czy polubimy się z arabskimi, zwykle ciężkimi zapachami,  niekoniecznie musi to być mało orientalny ale smakowity  bohater posta ;).

No i cóż więcej pisać... pachnącego wieczoru :-)


nuty wg Frangrantica:
piżmo, czekolada, wanilia, cynamon, róża, sandałowiec, mirra, bursztyn, przyprawy.
nuty wg mojego nosa:
czekolada, wanilia, piżmo


*zdjęcie mojego autorstwa  ( tak, wiem - nie ma się czym chwalić :/ )


4.02.2015

Black Musk - marokańskie perfumy w kostce



Jakiś czas temu już przymierzyłam się do zapachów arabskich takich jak Rasasi czy Al Rehab, niektóre tak jak i w przypadku tych  dostępnych na sklepowych półkach sieciówek czy wypasionych witrynkach perfumerii niszowych przypadły mi do gustu inne nie. O jednych i drugich lubię pisać. O tych drugich może nawet bardziej ;) Mogę powiedzieć tak:  wielkiej fachowej wiedzy nie mam i nie planuję mieć  ale rozeznanie w temacie już tak.
Ostatnio wpadły mi w ręce perfumy w kostce o kuszącej nazwie Black Musk, już samo "musk" kusi a jeszcze jak dodać do tego "black".  Odkryłam bowiem niedawno, że na naszych kresach wschodnich istnieje cudnie pachnący sklepik a właściwie taki dwojaczek - zmaroka.pl, w którym oprócz asortymentu wynikającego z nazwy sklepu można znaleźć bogaty wybór modnych od kilku lat pachnideł do wnętrz pod tytułem Yankee Candle, nieco młodszych Kringle  Candle, Village, oraz Craft'n'Beauty - to wszystko pachnie!  Kusiło mnie popisać trochę ale nim przeszłam do czynów okazało się że innych skusiło nieco szybciej. Albo szybciej pomyśleli, albo nudzili się bardziej niż ja, albo wreszcie ktoś ich do tych poczynań popchnął.
Mnie do napisania o perfumach w kremie popchnął fakt że weszłam w posiadanie takowych .
W przypadku takiego pachnidełka nie idzie się bawić w otwarcia, podstawy, projekcje (dobra, w to akurat nie bawię się nigdy). Zapach nieziemski. To znaczy ziemski , ale tak odurzający i silny...  imaginowałam sobie, że moja głowa to Saturn a dookoła pierścienie ale nie takie smętne "saturnie" tylko piękne, tęczowe :D
Ok, może trochę popłynęłam, ale kto nie lubi ? Każdy lubi.
Zapach  "arabski" całkowicie, niezwykle obfity w zapach że się tak wyrażę, ale ciężki bardzo do rozebrania na czynniki pierwsze. Gdybym się o to pokusiła to  musiałabym napisać że oprócz ciężkiego i ulepnie słodkiego piżma, kadzidła, drewna i przypraw czuję i jaśmin i różę i owocki słodkie sokiem ociekające.
 O ile początek brzmi super to koniec już nie tak bardzo. Kwiatki, owocki.... nudy, nudy. Ale nie  ma tak. W arabskich zapachach dotychczas przeze mnie poznanych wygląda to nieco inaczej.  Nie wiem na czym to polega ale wszystkie zapachowe ćwierć nutki trzymają się siebie i tworzą pachnącą całość, która ( jeśli nie zawiera wszędobylskiego oudu i jeśli nie mamy dwóch lewych dziurek w nosie) musi poruszyć, jeśli nie zachwycić to przynajmniej przyciągnąć uwagę. A całość proszę ja Was pachnie upojnie. Zobrazować bez bajkopisarstwa ?  Drewniana kaplica, drewniane ławy, nie lakierowane, nie bejcowane. W kaplicy tylko świece, białe płócienne pachnące czystością obrusy na przedzie,  nieco kadzidła - jak to w kaplicy i trochę czegoś co chciałabym nazwać czysty kurz, ( no wiem , oksymoron, ale musi tu być) a Wy siedzicie sobie w tej kaplicy  i wcinacie czekoladki w wiśniowym likierem. Dużo czekoladek. I jest ciepło, puchato i dobrze.
  Jest w nich coś takiego co sprawia, że zaaplikowawszy je  czujesz się jakbyś dotankował/a sobie co najmniej 50% pewności siebie, słowem jak już się Wam uda nasmarować atmosfera wkoło stanie się naprawdę przyjemna ;)

 Perfumy w kostce w zasadzie aplikuje się podobnie do tradycyjnych, tu pocierasz tam spryskujesz, różnica jest taka, że nie da się nimi wypachnić szalika :/. Są bardzo wydajne, strasznie się trzeba namozolić żeby ich trochę zużyć. Właściwie jedyną wadą jest to że na początku trochę się kruszą, pewnie dlatego że nie są kremowe. Kostka jest dosyć zwarta i twarda.  Być może na cieplejszej skórze byłoby lepiej, na mojej pod względem aplikacji wypada  niestety słabo. Liczę  na to że im dotrę głębiej, tym będzie lepiej.
Moim zdaniem taka pachnąca kostka świetnie się sprawdzi w szafie lub szufladzie, zdecydowanie  lepiej niż te papierowe saszetki , lawendowe zwisiki albo kulki na mole  ;)

Gdyby ktoś miał ochotę spróbować pachnących kostek to mam dla Was rabat w wysokości 15 %  od sklepu zmaroka.pl :

Black Musk  kod Black-15
Musk Jasmin kod Jasmin-15
Amber Musk kod Amber-15
Olejek Roll On  kod Roll-15



26.10.2014

Chopard, Noble Cedar




Noble Cedar odstał się u mnie w najdalszym kątku pachnącego skarbca , używany sporadycznie doczekał się nawet warstwy kurzyku godnej rękawiczki Perfekcyjnej Pani Domu. Obtarłam skubańca należycie i postanowiłam zakończyć męki moje i flaszeczki. 
Nie żeby zapach był zły. Absolutnie. Choć pierwsze testy rzeczywiście były nieco męczące, zapach ostry świdrujący i jakiś taki ... zimny. Zbyt zimny na zimę, męczący latem. Taki mi się wydał. I nie chciało mi się nad nim myśleć, przyszedł jednak dzień, w którym spojrzałam nań nieco przychylniej  i pozwoliłam mu się rozpanoszyć na skórze. 
 Okazał się wcale przyjemnym zapachem, początkowo nieco gorzki, ostry, koloński,  co miałam chęć zwalić na brzozę ale przecież brzoza nie jest taka, wąchałam  drzewo, listki, gałązki to wiem. Zwaliłam więc na szałwię , która też wcale nie jest gorzka. Już miałam cedr uczynić winowajcą ale się opamiętałam. Noble Cedar jest gorzkawy bo, bo jest i już. Ale tylko przez chwilę, potem jest już tylko bajecznie cedrowy, absolutnie cedrowy i nieco słodki. Tutaj miał nastąpić barwny opis wiatru hulającego w majestatycznych cedrowych gałęziach,mroźnego powietrza głaskającego czule okazałe igliwie,  ale nie nastąpi bo się już tak nie bawię. Chwilowo.  Przypomina  nieco Platinum Egoiste  wersję z 2008 roku, podstawowa różnica między nimi jest taka że Noble Cedar wydaje się być tłusty i oleisty
a Platinum Egoiste lekki i przestrzenny. Nie mam niestety najnowszej w celu porównania,
ale z wcześniejszymi porównywałam i nie wyczułam podobieństwa , natomiast  Platynowy 2008  bardzo kojarzy się z Noble Cedar, albo odwrotnie ;)  
Nie jest to zapach, który mógłby stać się moim ulubionym niemniej jest niezwykle elegancki i niebanalny.
Teraz powinnam wspomnieć o projekcji , ale nie zrobię tego ponieważ mam ogromną alergię na to określenie, większą niż na  Cinnamon Bun od Demeter, kto zna to wie, że to poważna alergia. Z wysypką.
Przyjmijmy więc że trwałość Noble Cedar zależy od skóry, pory roku, humoru, poziomu hormonów, nie zależy tylko od sytuacji politycznej na Ukrainie,  tempa topnienia lodowców i paru innych mniej lub bardziej istotnych dla świata czynników.




nuty:
 brzoza, szałwia, labdanum, cedr

13.02.2014

Montale, Chocolate Greedy edp






 O czekoladzie z okienkiem słyszeli  chyba wszyscy, wielu też próbowało, słyszałam też, że niektórzy próbują nieustannie, a u mnie dzisiaj będzie o czekoladzie z wafelkiem. Próbowanie również jest niezwykle przyjemne a przy tym nie wchodzi w boczki ;)

Zapach nie jest jakiś szczególnie skomplikowany ani wielotonowy  i w zasadzie w jego przypadku nie ma się za specjalnie nad czym rozwodzić, niemniej warty jest tego, żeby przynajmniej kilka zdań o nim skrobnąć. Zwłaszcza, że wywołuje on u mnie niezwykle miłe doznania.
Chocolate Greedy  nie jest czekoladą w płynie, ale pachnie  jak kawał wyrośniętego czekoladowego ciasta z prawdziwą wanilią i bitą śmietaną,  a jeszcze bardziej  jak  kakaowo-waniliowy wafelek, mnie  w pierwszej chwili przyszedł na myśl Knoppers, zwłaszcza zgnieciony - miałam kiedyś taki epizod  :>.
 I tak jak w odniesieniu  do Chocolate  Greedy mam same przyjemne uczucia , tak wówczas do tego zgniecionego w torebce wafelka miałam bardzo mieszane . Mniej więcej podobnie jak w sytuacji z dowcipu o teściowej która spada w przepaść Twoim nowiutkim samochodem, choć ranga tych nieszczęść nieporównywalna oczywiście .
W pierwszych chwilach  wyczuwam głównie kakao i orzechy  , jest to  dla mnie najmilszy i najbardziej smaczny moment, potem zapach staje się bardziej "nadziewany" czuć odrobinę pomarańczowej skórki i puszysty krem waniliowo - śmietanowy.  I w tej postaci trwa sobie do końca, dalekiego końca, bo trwałości odmówić mu nie można.
 Ja za pralinkami , czekoladkami i tym podobnymi łakociami nie przepadam toteż nie jest to dla mnie jakaś pokusa aby powodowana zapachem sięgać do szafki po małe co nieco ( a nawet gdyby Chocolate Greedy mnie skusiło to i tak nic z tego - musiałabym bowiem czekoladowe słodkości trzymać pod ochroną wysokiego napięcia , albo i bardziej skomplikowanego zabezpieczenia ), ale przyjemność z wąchania mam ogromną. Bez wątpienia jest to zapach dla tych, którzy  lubią zapachy łakoci, których cieszy zapach domowych wypieków, a nie jedynie konsumpcja tychże. Mnie wystarcza, że sobie pachnę czekoladą. A w zimowe, mroźne dni , zaleta podwójna- piękne pachnę i czuję się ogrzana zapachem. Bajka. Ale o czapce nie zapominam ;)



Nuty zapachowe: 
kawa, kakao, bób tonka, skórka pomarańczowa, wanilia z Madagarskaru, suszone owoce 



fot 1. lilydirect.com
fot.2 mojagaleriasmaku.blogspot.com

8.02.2014

M.Micallef, Les 4 Saisons, Black Sea




   Nie zdarza się często aby jakiś zapach zachwycił mnie od pierwszych sekund i abym została w tym zachwycie na dłużej niż chwilę,
 a  z Black Sea tak właśnie  było, w zasadzie już zanim powąchałam byłam pewna, że mi się spodoba, bo to świetna wariacja na temat kadzidła. Przepiękny, ciepły, tętniący zapachem przypraw i drewna zapach kadzidlany.
Wiem, brzmi to mniej więcej tak jak marchewkowa szynka, albo pomidorowa herbata,  ale co poradzić jak tak właśnie go odbieram.

Trudno mi się zdecydować do której szufladki go wetknąć, a biorąc pod uwagę fakt, że szufladkowanie jest niefajne, godzę się z tym, że jest jak jest. Tak go czuję i koniec.  Raczej ( ale nie tylko )  dla tych, dla których którym czystsze  w sensie nie łagodzone za specjalnie zapachy kadzidlane wydają się zbyt surowe i chłodne.

  Nie tak dawno okazało się, że wcale nie podobają mi się WSZYSTKIE zapachy kadzidlane , dotąd byłam niemalże przekonana, że tak właśnie jest , no bo skoro podobało mi się z kolei dziesięć  to i jedenasty musi , ech , niemądra ja ;)  Przecież nie ma możliwości  abym mogła poznać wszystko to, co bym chciała . Powoli nawet zaczynam godzić się z tym , że choćbym założyła najbardziej optymistyczną wersję, że dożyję sobie setki  we względnym zdrowiu  i z w miarę sprawnym nosem  to i tak nie uda mi się powąchać wszystkiego. Jest mi z tego powodu bardzo ale to bardzo smutno. No trudno.
  W Black Sea kadzidło jest. I jest go dużo. Ja wyczuwam je najsilniej na początku,  ale jest w doskonały sposób zmiękczone sandałowcem , wanilią, szafranem  i ogromną ilością drzewa gwajakowego, zapach jest niemalże od  początku pikantno-słodki  a natężenie kremowej słodyczy przez długi czas wrasta, pachnie coraz intensywniej, coraz bardziej słodko i drzewnie. Kadzidło tymczasem jest w odwrocie,wraz z upływem czasu  przycicha, dogasa, by na koniec tlić się już tylko lekką smużką.
W bardzo wczesnej fazie mojej znajomości z Black Sea, uznałam, że jest on dosyć blisko spokrewniony z Black Cashmere Donny Karan , oraz Sale Perfume 01 Michała Szulca, ale najbliższym mu zapachem jest  Donna Karan Essence Wenge , z tym  że Black Sea jest  znacznie silniejszy, trwalszy i bardziej ekspansywny, co mu się chwali  i co się docenia, bardzo  :> .
Niniejszym stwierdzić muszę, że piramidy nut zapachowych u mnie nijak się  mają. No co poradzę? ;-)
Trwałość bardzo dobra, zapach utrzymuje się niemalże cały dzień na skórze, na tkaninach trwa i trwa, aż do prania .




 Nuty zapachowe:
 głowy: różowy pieprz, goździki, cyprys 
 serca: cynamon, drzewo gwajakowe, szafran, konwalia, goździk 
 bazy: sandałowiec, cedr, kadzidło, czystek, wanilia



fot. fragrantica.com

5.02.2014

Menard, L'eau de Kasaneka



Na wszystko w  życiu musi przyjść odpowiednia pora, odkrywcze prawda?
Jakkolwiek banalnie by to brzmiało tak właśnie jest , no może poz tym wszystkim na co pora nigdy nie  przychodzi albo nie powinna przyjść .
  U mnie nadeszła właśnie pora na to aby wyrazić swoją absolutnie subiektywną opinię na temat L'eau de Kasaneka, które  czas temu znaczny wpychałam w najgłębszy róg pudełka z pachnącymi dobrami, mrucząc pod nosem " no nie wiem, nie wiem".
Teraz nie mogę się nadziwić samej sobie za co pokarałam tego pięknego sampelka siedzeniem w kącie przez tak długi czas. I po raz kolejny nadziwić się nie mogę jak może się zmienić odbiór tego samego zapachu na przestrzeni kilku miesięcy.
   Zapach ten sklasyfikowany jest jako kwiatowo - orientalny, w moim odczuciu jest raczej drzewno - przyprawowo - zielony.  Teraz , bo jeszcze kilka miesięcy temu przytaknęłabym temu, że jest to zapach absolutnie kwiatowy i odrobinę orientalny ;-)
   Otwarcie bardzo przypomina mi  Dolce Vita, podobieństwo to trwa przez jakiś czas i przez tę chwilę wyraźnie bergamotę, pomarańczę i różę  po czym zapach zaczyna ewoluować w kierunku lasu, staje się pudrowo-zielony, puchaty jak leśny mech, z czasem pudrowe nuty ustępują słodyczy kwiatów przy czym najbardziej ale nie przesadnie  wyczuwalne są ylang-ylang i heliotrop, zapach na tym etapie nie dusi , nie przytłacza, nuty przenikają się i współgrają ze sobą tworząc bukiecik doskonały, złożony miękko na kremowym i gładkim drzewie sandałowym i słodkawym cedrze,  a wszystko to przepasane wstęgą... z piżma utkaną  i nadal zielone.
 Gdyby w lesie mieszkały leśne wróżki  to słowo dają - mogłyby tak pachnieć.
Piękny, piękny zapach. I pomimo tego,  że powstał w Japonii jest kompletnie nie japoński , jeśli wziąć pod uwagę wszystko to, jak i z czym  przeciętnemu człowiekowi kojarzy się ten kraj.
Trwałość zapachu  świetna , projekcja ( moje 'ulubione'  słówko ostatnio ) również bardzo niczego sobie .



 Nuty zapachowe:
 głowy:  Hamanasu (japońska róża), świeża bazylia, przyprawy (imbir,  kardamon, gałka muszkatołowa), pomarańcza, bergamotka
 serca:  ylang-ylang, róża, heliotrop, jaśmin 
 bazy:  drzewo sandałowe, wetiwer, cedr, wanilia, piżmo

31.01.2014

Konkurs na Fragrantice

   Bardzo przyjemny konkurs na fragrantica.pl  :)

http://www.fragrantica.pl/wiesci/Konkurs-wygraj-perfumy-Comme-des-Garcons-713.html




27.11.2013

Annick Goutal, Nuit étoilée


Pora już na nieco rozgrzewające i otulające zapachy, a ja postanowiłam pożegnać ciepło ekspresową notką na temat rześkiego  Nuit Etoille.

Mnie zapach ten w pierwszych chwilach przestraszył cytrusowo-miętowym otwarciem tak silnym że poczułam go niemalże w oczach. I przypomniały mi się inhalacje z  okresu dzieciństwa, po których wydawało mi się zawsze, że miętowa smuga wypełza ze mnie przez uszy, oczy , nos  i usta, a  mój mózg wygląda jak mega miętus .
  To pierwsze chwile z Nuit Etoilee, bo na szczęście chłodna świeżość ustępuje woni aromatycznego igliwia i delikatniej słodyczy pomarańczy . Zimą. Bo nie wiem jak jest u Was ale mnie drzewne igliwie i pomarańcze pachną zupełnie inaczej zimą. Inna temperatura powietrza, grzejące słońce, świat pachnie inaczej, normalna rzecz. Tutaj oszukuje troszkę mięta i robi nam zimę nawet w lecie.
 Na trochę, bo czas mija a zapach się zmienia . Staje się ciepły jak wieczorne letnie powietrze tuż po burzy, pachnie parującym po ciepłym dniu drewnem.  Uroczo i błogo jest, teraz właśnie kiedy zapach cytrusów i mięty zelżał a zapach stał się ciepły, puszysty i nieco pikantny .
 Gdybym pisała w lipcu to całkiem prawdopodobne że zachwyciłoby mnie otwarcie Nuit Etoille, a że mamy praktycznie zimę  to Nuit leży mi bardziej po godzinie, dwóch od aplikacji. Właściwie zapachy Annick Goutal zawsze mnie zachwycają, jedne podobają mi się mniej , inne bardziej, są też takie które wcale mi się nie podobają i nie chciałabym ich nosić. Ale każdy nowo testowany jest dla mnie odkryciem.
 Nie jestem pewna czy to jest zapach tylko i wyłącznie na lato , wszystko zależy od tego czego się w zapachu szuka.  Jeżeli lubisz latem  w upale poczuć się rześko i świeżo to jest to zapach na lato.
Jeżeli zaś lubisz zimę, skrzypiący pod butami śnieg gdy taszczysz do domu pachnące świąteczne drzewko i chcesz podkręcić atmosferę świąt zapachem i nie czujesz potrzeby "dogrzewania się" zapachem  to  jest to zapach na zimę. I nie  ma znaczenia czy jesteś chłopakiem czy dziewczyną .
Trwałość również jest całkiem przyzwoita , na mojej skórze jest to jakieś 5-7 godzin.
Zapach dostępny we flakonikach  dla pań i dla panów, wedle gustu ;-)



Nuty zapachowe: cytryna, słodka pomarańcza, mięta pieprzowa, jodła syberyjska, absolut z nasion dzięgla

15.09.2013

Tesori d'Oriente, Royal Oud Dello Yemen




A jakże ;)  Wszyscy, dosłownie wszyscy zwietrzyli biznes na perfumach z oudem, od górnej póły do dolnej od najmroczniejszej niszy po mainstream, więc Oud od Tesori jakoś specjalnie mnie nie zdziwił . Czekam  teraz na oud od Avon  albo Oriflame ;)

Ja fanką oudu nie jestem , próbowałam polubić albo przynajmniej oswoić i w kilku przypadkach mi się to udało, ale to nie zasługa mojego samozaparcia i dobrej woli  a ilości oudu w oudzie i towarzystwa jakie mu przykoptowano .  Słowem -są takie które znoszę a nawet lubię .
Tak się stało z Royal Oud w którym  to oud nie szoruje po moim uzębieniu  metalowym dłutkiem, nie piszczy w uszach , nie dusi szpitalnym ani stomatologicznym powietrzem, jak dotąd  bywało .  Ale jest tam, na pewno jest.  Ćmi sobie delikatnie i nie wychyla się przed szereg mimo, że wg nazwy powinno być inaczej.
 Jest  cichutką podstawą zapachu i na nim opiera się cała reszta składników, nie odwrotnie. Przede wszystkim zapach jest miodowy, ciepły i pyszny, gdyby ubrać go w kolor byłby to kolor starego złota. Ma  jednak, drugie , bardziej ostre oblicze - coś na kształt posypanej pieprzem paczuli , ale bez chłodu i wilgoci. Dzięki temu nie jest jednostajny i płaski. Wszystko to otoczone jest  delikatną, subtelną wręcz wonią białych kwiatów, na tyle aby było je czuć i na tyle aby nie przytłoczyły  miodowego serca zapachu.  Po pewnym czasie kojarzy mi się z ułagodzoną wersją 24 Scent Story, o którym innym razem;).
 Nie mogłam znaleźć dokładnych nut  i nie mogę zweryfikować czy zapach zawiera  ambrę ( jaką bądź ) czy bursztyn. Choć ja skłaniam się ku wersji, że jednak bursztyn. Coby to jednak nie było  stwierdzić muszę, że jest to bardzo ładny i nie brudny orientalny zapach.  I fajny dla osób które boją się mocnego oudu. I jesienny, świetnie nosi się go o tej porze roku. A do tego wszystkiego nie brak mu trwałości. Czego nie można powiedzieć o wszystkich zapach Tesori d'Oriente. Buteleczka  jest również lepszej jakości niż pozostałe, albo więc Tesori zmienia szatę graficzną  albo zaszczyt ten kopnął tylko Royal Oud.
Z  Tesori rzecz jest taka, że mają kilka perfum, które  pachną  podobnie do pewnych zapachów znanych marek ale nie słyszałam  aby ktoś odważył się rzec o nich że są odpowiednikami czy też podróbkami.A jeśli są tacy którzy się odważyli to cała reszta nic sobie z tego nie robi. Mają  parę naprawdę zacnych zapachów, a najmilsze jest to, że nie rujnują portfela ;-)


Powyższy post nie jest sponsorowany, Royal Oud kupiłam sobie sama ( jak niemal wszystko o czym tutaj piszę)  i serio-podoba mi się .



Niniejszym pobiłam rekord jeśli idzie o słowo "oud" , ale oj tam ; )



Nuty: później, bo nie znam



fot. własnoręcznie wykonane .

10.08.2013

Mark Buxton, Devil in Disguise


Sprawa życia po życiu parę pięter w dół stanęła pod znakiem zapytania  z powodu Diabła w przebraniu wodnika Szuwarka, albo innego Piszczałki. Popełniłam wielki błąd albowiem przeczytałam opis na stronie pewnej perfumerii i oczy wyszły mi z orbit. I bolą.

 I głowa mnie rozbolała . I nie wiem już czy to Devil jest zepsuty czy ja jestem zepsuta - w obydwu znaczeniach niech będzie, inaczej staje się to nie do ogarnięcia zwłaszcza w sobotni wieczór i zwłaszcza gdy chcę się przeczytać coś dla przyjemności a nie w ramach treningu szarych komórek. Poza tym mogłoby zajść podejrzenie, że nie zażyłam leków albo że zażyłam podwójną dawkę ;). A mi naprawdę nic nie jest, wszak  diabeł i zepsucie pasują do siebie, zepsucie i Wodnik  też pasują i zepsucie i skarbek także pasują.
Opis mi powiedział , że jest to zapach kwiatowo-owocowy  co już lekko zbiło mnie z tropu. No bo jak żesz to tak?  Ja tu czuję zgniłe, rozdeptane chabazie, a gdzie te kwiatki? Gdzie owoce? Nie ma nic,  tylko gorycz  badyli co oznacza w tym wypadku  rabarbarowe parasole i imbir -paskudna mieszanka .  Wg perfumerii na której przeczytałam opis miałby tam być kwiat gorzkiej pomarańczy ( Swoją drogą ta gorzka pomarańcza to musi być straszna psiara , niczym jabłuszko  z Seksmisyjnej świętej jabłoni ;)  ).Testowałam parokrotnie, aby się przekonać czy na pewno nie wylezie zeń nic przyjemniejszego dla nosa, ale niestety- nic.  Oszukaństwo proszę ja Was, i nazwa i nuty. Aż mnie kusi wypróbować czy zadziała na komary , ale akurat się ochłodziło  i skubańce się pochowały. . Nie  zniewoliła moich zmysłów fascynująca magnolia, ba.... nawet zwyczajna mnie nie zniewoliła, piżmo śpi na kanapie i posapuje a jedyna otchłań w jaką mogą się rzucić po tych doznaniach to łazienka.
Opis mnie oszukał ale diabłu się nie dam ;)
Uczciwie mówiąc to  zapach dla wielbicieli woni wytrawnych i chłodnych, którzy lubią  gorycz, krzaki i chaszcze w perfumach  i wszystkich, którym zapachnie ładniej niż mnie .
Tylko dalej nie wiem, kto jest zepsuty...



Nuty: liść rabarbaru, imbir, neroli, magnolia, piżmo, vetiver, paczula





fot. vod.pl

30.07.2013

Mark Buxton Black Angel



Mimowolnie i całkiem niechcący szukam odniesienia do najsłynniejszego Anioła, bez sprawdzania co też siedzi w Czarnym Aniele szukam przeciwieństw, zgnilizny jakiejś chociaż  czy czegokolwiek, żeby nie było tak słodko,  ale nic nie znajduję.
Już w wyobraźni słyszę Wasze myśli i słowa o obrzydliwej nucie w Angelu-  nie napiszę tego, nie czuję i nie dam sobie wmówić że ona tam jest, ta nuta...
Black Angel to całkowicie inne spojrzenie na Anioła, całkiem inne wyobrażenie o nim, i po pierwszych dwóch testach pomyślałam sobie, że jeśli Buxton tak sobie go wyimaginował  to trzeba rzec że święty to on nie jest. Początkowo czuję i wierzę, że ten Anioł strasznie nagrzeszył cieleśnie albo grzeszy w myślach tak bardzo aż grzech ten wyziewa anielskimi uszami .
Początkowo zapach jest cierpko musujący, cytrusy w połączeniu z imbirem pachną mi niedojrzałymi jeżynami rosnącymi dziko przy polnej drodze, to mi się  kojarzy z cukierkami pudrowymi o smaku leśnym, troszkę później zaczyna pachnieć kurzem i świeżo utrudzonym ciałem.
I w tym momencie kończy się grzeszność Buxtnonowego  Czarnego Anioła, bo staje się  on kwiatowy. Z tym, że ja akurat jaśminu  zbyt wiele nie uświadczyłam, czuję głównie irysa. Kto liczy na paczulę, na którą i ja liczyłam  ( niechby  było w nim coś co sprawi, że będzie rzeczywiście black ) również  może poczuć się rozczarowany, nos mój nie stwierdził obecności paczuli, za to w najpiękniejszym momencie rozwoju zapach pięknie mieni się na miodowo. Zadowolony powinien być ten, kto lubi  puchate miodowe zapachy, o ile uda mu się trafić Black Angel w "ziemskiej"  cenie.
Ponoć każdy ma go takiego na jakiego sobie zasłużył i ja wybieram czarnego, tylko niech on będzie naprawdę czarny, niech nie udaje, niech się zdecyduje.  Postanowiłam albowiem,  że po zakończeniu życia na ziemskim padole przenoszę się pięterko niżej,  bo u góry  bankowo nudy.

Zaczynam podejrzewać że perfumiarze to daltoniści, skoro mają tak rewelacyjne nosy to muszą mieć gdzieś indziej ubytek, na razie wytłumaczyłam sobie, że to właśnie  brak umiejętności rozróżniania kolorów. Na razie, potem zepsuję im coś innego  ;)






Nuty: mandarynka, imbir, jaśmin, kosaciec, styraks, paczuli, bursztyn




fot.  pochodzi ze strony www.markbuxton.com

24.07.2013

Mark Buxton Wood and Absinth

 
   To pierwszy zapach Buxtona o jakim piszę,  a wycofanych pewnie już nie będę miała okazji potestować,  nie rozpiszę się więc na temat  marności nowych kompozycji w porównaniu z tym co skręcił wcześniej pod marką Mark Buxton, a nos ma ponoć wielki  ;)
Warzył między innymi dla Givenchy, Chopard, Versace , Comme des Garcons i wielu innych .   
Po pierwszym teście ( a obiecałam sobie że co wracam na bloga z tym co trafi mi się pierwsze ) mamrotałam sobie pod nosem " i nad czym tu deliberować " i ciężko było mi usiąść żeby cokolwiek napisać, jednak zapach co chwilę docierał do mojego nosa, wywoływał uczucia coraz bardziej mieszane i robił się całkiem ciekawy i warty tego aby jednak te kilka  ( bo ja konkretna jestem) słów o nim napisać. Trochę później żałowałam, że nie łaziłam z dyktafonem bo moje rozmowy ze sobą samą można by zamienić w słowo pisane  i byłaby taka recka że mucha nie siada. Żadna. No trudno. Wypocę więc  na czerstwo i mimo tego, że zimno  .
 
Wood and Absinth  to unisex i to się zgadza , choć Ci co rozdzielają zapachy na damskie i męskie  raczej uznają go za męski zapach na lato. Wygląda to mniej więcej tak : zielony, wytrawny, gorzki, cytrusowy a  potem Wytrawny, gorzki, zielony, cytrusowy, a jeszcze troszkę później drzewny, zielony, cytrusowy, gorzki  i po jakimś czasie jak już przestaje wariować staje się  delikatnie dymno -kadzidlany . Nie jest jednostajny, zmienia się, chwilami najmocniej czuć piołun a chwilami wydaje się być niemal całkowicie drzewny . Nie czuję zupełnie jaśminu , na mojej skórze nie ma w tym zapachu  ani odrobiny słodyczy, jest jej widocznie tylko tyle aby nieco łagodzić  gorycz piołunu i anyż  i nie starcza jej już na to aby  go zmiękczyć , ocieplić i trochę wysłodzić. Dlatego też mimo, że nosi mi się go całkiem dobrze, lepiej go widzę na męskiej skórze a i  on sam  lepiej się tam komponuje i inaczej rozwija. Jest równie świeży i rześki  ale dużo bardziej ciepły i słodszy. Słowem na męskiej skórze uroda tego zapachu zyskuje. No trudno.




;)


Nuty: szałwia, anyż, piołun, cytrusy, drzewo różane, jasmin, cedr, wetiver



fot. z   www.markbuxton.com

21.07.2013

Tadam

Blog przekroczył 100 tysięcy odwiedzin od momentu zamontowania licznika i żyje , nie puchnie od odwiedzin ale też nie zdechł od ich braku więc... wracam.

 edit:
Najbardziej popularny dotąd  był post o Ambre Noir  Sonoma Scent Studio aż 1300 wyświetleń :)

25.11.2012

Mona di Orio, Les nombres d'or ambre



Les nombres d'or ambre jest zapachem tak delikatnym jak delikatna była Mona, patrząc na nią trudno sobie wyobrazić aby tak subtelna, eteryczna wręcz kobieta , jakby wyrwana z jakiejś innej rzeczywistości i przekomponowana w naszą obecną.. a właściwie już byłą.. mogła stworzyć zapachową siekierę.
Chociaż z drugiej strony niejednokrotnie przekonaliśmy się że nie zapach maluje jego twórcę ;) I czasem a nawet często zapach stanowi przeciwwagę dla wizerunku tego kto go tworzył, jeśli oczywiście chce się wnikać w takie szczegóły a nie tylko ładnie  pachnieć. 
Mnie na przykład nie zawsze się chce. A czasem lepiej tego nie wiedzieć. Albo udawać że się nie wie. Albo zapomnieć, jeśli przypadkiem się wie.

W każdym razie tutaj, w Les nombres  czuję i widzę Monę. Zmysłowy kłąb jakby przykurzonej ambry  delikatnie drapie, drażni chropowatością w kolorze szarości  i początkowo wydaje się być smutny, jak ostatnie dni jesieni z pociemniałymi , rudymi resztkami liści , którymi powiewa paskudny listopadowy wiatr. I wydaje się że to jest jakiś ... koniec?. Po jakimś czasie spod ponurej nieco warstwy zapachu , wychynął optymizm w postaci  słodkawej waniliowej pierzynki, pierzynki na tyle słodkiej aby ożywić zapach , tchnąć w niego odrobinę radości i na tyle delikatnej aby nie stłamsić tą  słodyczą woni  chropawej ambry.

Nie ma więc końca, dalej robi się już tylko bardziej francusko, dzięki mydlano-słodkiemu ylang-ylang by w końcu u kresu trwania na mankiecie ( który nadchodzi  nieco zbyt szybko jak dla mnie ) stać się zmysłowym i powiedziałabym nawet lekko buduarowym absolutnie kobiecym puchatkiem z ambrowym ogonkiem. Bardzo delikatnym, ale doskonałym. A najlepsze w  nim jest to, że  nie ma  w nim ani odrobiny prawdziwej ambry.
Les nombres d'or ambre  nie zrobi  żadnej krzywdy tym, którzy za ambrą w perfumach nie przepadają, przeciwnie - mogą przypadkiem dojść do wniosku, że nie taka ambra straszna , jak ją malują , zwłaszcza gdy jej nie ma :)

Nuty: drzewo cedrowe, ylang-ylang, styrakowiec, tolu, wanilia.

16.09.2012

Rozstrzygnięcie konkursu. Boss Nuit wędruje do...

Na  początek chcę podziękować za udział w konkursie i za cierpliwość. Konkurs zakończył się 10.09 a dziś już mamy 16 września...

Mam niedoczas.... za krótka jest doba, i w ogóle przydałoby się  dwa razy więcej tych dóp. No ale jestem już, nie  przedłużam . Piękny czarny, smukły i przyjemny dla oka  flakon Boss Nuit wraz z równie przyjemną  tym razem dla nosa zawartością  powędruje do :

 Gratuluję Kasiu  !! I  proszę o kontakt mailowy i wysył danych  adresowych :)
 Żałuję bardzo że nie  mam więcej tych flakonów dla Was ...  ale... już dziś zachęcam do śledzenia bloga-   coś bowiem planuję ...
 I muszę się proszę ja Was, jeszcze wiele w życiu nauczyć ;)





21.08.2012

O Boss Nuit Pour Femme, Marionnaud i konkursie ;)


      Na perfumeryjnym rynku pojawił się chwilę temu  nowy zapach Boss Fragrances – Boss Nuit Pour Femme,  inspirowany małą czarną, którego ambasadorką jest Gwyneth Paltrow  .
 Z  tej okazji  zrodził się konkurs z bardzo fajnymi nagrodami ( karty podarunkowe o wartości 2000 zł, za które można sobie nabyć na przykład sukienkę z kolekcji Boss  oraz portfele). Aby zawalczyć o nagrodę wystarczy odwiedzić perfumerię Marionnaud, nabyć jeden z produktów  Hugo Boss, a potem w terminie  od 20.08.2012 do 10.09.2012 wysłać sms o treści: BOSS. Nr paragonu otrzymanego przy zakupie produktu Hugo Boss. Odpowiedź na pytanie konkursowe: ” Z czym kojarzy Ci się zapach Boss Nuit Pour Femme?” pod nr 70567. Koszt sms-a to 0,50 zł netto ( 0,62 zł z VAT). Organizatorem konkursu jest Incentiva, a więcej informacji oraz regulamin konkursu na stronie marionnaud.pl
 
Moim  pierwszym zakupem w Marionnaud była  Escada Magnetism,  o ile mnie pamięć nie zawodzi,  dawne to były czasy. Wspominam miło, bo zapach taki bardzo mój  i to do dziś, choć gust mi się nieco poszerzył ( powiedziałabym nawet że może za bardzo, wiecznie odczuwam niedosyt , potrzebę poznawania czegoś nowego ;)  )  i obsługa perfumerii taka, że chciało się wrócić. Tak było wtedy  i tak jest dziś . W Marionnaud  żaden klient nie jest natrętem albo co gorsza kimś niewidzialnym,  a jednocześnie nie czuje się osaczony przez Panie konsultantki, czego ja  na przykład nie lubię. Są obecne, pomocne ale nie czuć ich oddechu na plecach, nie ma kręcenia nosem, że pozwoliłam sobie psiknąć na blotter z piątego już testerowego flakonika (No bo w końcu kupowanie perfum  to nie kupowanie skarpet, nieprawdaż? ).  I są testery! Ludzie, są pełne testery! Ja oczywiście najchętniej nabywam perfumy, ale niejednokrotnie również inne niezbędne do życia każdej kobiecie produkty ;)
  Zdarzyło mi się kiedyś, że wyszłam z Marionnaud wymalowana we wszystkie możliwe odcienie korektorów, po czym wróciłam i oceniałyśmy z Panią konsultantką co też najlepiej się wtopiło,  okazało się bowiem, że cerę mam nieziemską, choć nie zieloną. Mimo trudności udało się dobrać dla mnie ten korektor ( a mówię Wam, że nie było to łatwe, przedtem bywało, że wyglądałam jak miś panda albo jak świeżo ‘powrócona’ z imprezy z rekwizytami w postaci sztachet od płota ) i wyszłam ucieszona jakbym wygrała roczny zapas benzyny w zdrapkach. Taaak, z Marionnaud wychodzisz z uczuciem jakbyś właśnie  dostał/a prezent,  pomimo tego, że w portfelu jakiś taki przeciąg ;) Lubię tam chodzić.

 
Jeśli zaś chodzi o sam zapach Boss Nuit Pour Femme…
Ciężka butelka Boss  Nuit, mała czarna, smukła piękna  blondynka… przewrotnie, powiadam Wam…..
Początek Boss Nuit pachnie jak brzoskwiniowy syrop , zastanowiłam się  i ujrzałam błękitnookiego cherubinka wcinającego owocowy deser i nijak mi się to nie komponowało z małą czarną, jednak chwilę potem  poczułam upojny bukiet jaśminu  i leciutko pudrową wstążeczkę o zapachu fiołków. Nie ma chyba bardziej zmysłowych nut kwiatowych od jaśminu i fiołków... Zapach mieni się i kołysze na drzewno piżmowej bazie, gdy po kilku dobrych godzinach, nuty kwiatowe bledną, tuż nad skórą unosi się delikatnie słodki zapach drewna sandałowego i intymna, ciepła woń piżma. Nuit Pour Femme  ubiera, upiększa niczym mała czarna... I więcej nie napisze, skoncentrowałam Boss Nuit do granic możliwości.  A nie, jeszcze  nuty zapachowe na zachętę i pokuszenie:

  nuty głowy: brzoskwinia, aldehydy
  nuty serca: jaśmin, białe kwiaty, fiołek
  nuty bazy: piżmo, drzewo sandałowe



Chcesz poznać Boss Nuit Pour Femme? Chcesz go mieć?
To świetnie, bo chcę Wam zaproponować konkurs, w którym do wygrania jest właśnie śliczny lśniący  flakon perfum Boss Nuit Pour Femme. 

Aby zawalczyć o flakon  nie trzeba wiele trudu, wystarczy  :
być obserwatorem  bloga skarbka-nosem oraz w komentarzu wyrazić chęć wzięcia udziału w konkursie.
dodatkowy los w bębnie maszyny losującej  można zyskać udostępniając ten post na facebooku, kolejny za umieszczenie informację  i link do konkursowego posta na swoim blogu.
Dobrze by było gdybyście w komentarzu napisali o udostępnieniu, linkowaniu, żebym żadnej dodatkowej szansy na wygraną nie przegapiła.
 Konkurs trwa do 10.09.2012 
Potem maszyna losująca wyłoni  szczęściarza do którego powędruję ten świetny  i niezwykle kobiecy zapach.

I tyle na dziś. Serdecznie pozdrawiam odwiedzających i tych oficjalnych i tych anonimowych i zapraszam do zabawy;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...